hasztag_nikogo: (Default)
Nie umiem napisać takiego zgrabnego posta o powieści jak o opowiadaniu. I dobrze, uważam, nie powinno się umieć pisać zgrabnych, podsumowujących postów o książkach, jakby się dało rzeczy zgrabnie podsumować w poście to by nie było książki.

ALE mam usta i muszę krzyczeć, bo Wilk w białej furgonetce od początku wyglądał jak stworzony dla mnie w laboratorium i postanowiłam że będę go kochać jak przeczytałam blurba (czy blurb ma coś wspólnego z tą książką? technicznie tak, ale nie). 

I czasem jak widzę że coś jest stworzone dla mnie w laboratorium a potem się za to zabieram to kocham to na początku bo bardzo chcę, ale w głębi duszy wiem, że to było rozczarowanie. A tu nie - wilk był zupełnie nie tym czego się spodziewałam, za to tym, na co nie wiedziałam że miałam nadzieję, jak to w miłości.

Więc teraz będzie garść wrażeń i haseł i krzyczenia że kupcie i czytajcie (zdaje się że sprzedanych kopii jest mniej niż ściągnięć antologii alpaki więc mogę o tym pisać na blogu xD). Spoilers ahead, ale nie jest to książka w której spoilery są bardzo ważne imo.

I Fantazja

Fantazja jest od tego żeby bawić się na całego, dopóki nie zaczyna cię przerażać co ona robi, co tam się dzieje. Całe dzieciństwo, zwłaszcza jeśli należysz do dzieci czytających, mówią ci że twoja wyobraźnia to najlepsza najpiękniejsza rzecz, jaka szkoda że umiera wraz z dorosłością i dorośli są tacy NUDNI, a wyobraźnia jednoznacznie piękna i najlepsza.

A potem zaczynasz sobie wyobrażać rzeczy które zupełnie nie pasują do Nibylandii i Krain Czarów, potem okazuje się że nie masz kontroli nad całą tą krwią i seksem które ci się pojawiają w głowie, że to jest żywioł. Jest większa od ciebie, zdaje się cię pożerać i spalać, wśród wszystkich rzeczy które się z tobą dzieją i ich nie rozumiesz, jej nie rozumiesz najbardziej.

Ale hipnotyzuje cię i nie możesz bez niej przecież żyć i jak to umrze kiedy dorośniesz? Po co w ogóle być dorosłym skoro dorośli już nie marzą i nie fantazjują i są nudni?

II Setup i sprawność
Jak jesteś naprawdę dobrym pisarzem to robisz sobie, powiedzmy, setup pod powieść a potem po prostu piszesz zdania jakbyś odbierał nagrodę, jakbyś sam sobie dał prezent, jakbyś cukierki z pudełka wybierał.
 
Kiedy strzelasz sobie w twarz z marlina 39A, na pewno nie zastanawiasz się nad tym, co twój ojciec powie swojej matce, gdy już trzeba będzie jej powiedzieć, że coś się wydarzyło.

 
Tak se po prostu w połowie książki od niechcenia. Czy zatrzymałeś się żeby pomyśleć, kurwa, dobry jestem, Johnie Mountaingoats? Popatrzyłeś przez okno, pogłaskałeś się po brodzie, uśmiechnąłeś pod nosem?
Czy jak jesteś człowiekiem który hand in unlovable hand, który I'm gonna make it through this year if it kills me, który The best ever death metal band out of Denton will in time both outpace and outlive you to taka jest twoja codzienność że piszesz takie rzeczy i nie ma o czym mówić, nad czym się zatrzymywać? Zadowolony jesteś z siebie? Żywisz się zazdrością ludzi, którzy nie napisali takiego zdania i nie wiedzą czy napiszą? Chuju?

III Tłumaczenie
Uważałam że jeśli chodzi o angielski to I belive in Pan Tomasz S. Gałązka Supremacy, ale teraz I also belive in Aga Zano Supremacy, jestem politeistką w tym temacie. Nie mam szans się domyślić jak ta książka brzmi po angielsku bo czytało się ją jakby ktoś ją dobrze napisał po polsku, zero kalki, wszystko żywe.

IV Ta książka rozumie game design
To po prostu dla mnie ważne jako autorki gier tekstowych

V Dorastanie
Dorastanie jako moment w którym twoi najbliżsi zaczynają się bać tego, że jesteś osobnym człowiekiem. Dorastanie jako chwila w której otoczenie zaczyna uważać że jesteś zagrożeniem i podejrzany. Dorastanie jako groźba końca wyobraźni. Wyobraźnia jako powód dla którego wiesz że inni mają rację, sądząc że jesteś podejrzany. Wyobraźnia jako powód dla którego wiesz że jej nie mają.

VI Parakosmosy i gry 
Nie wiem no, jest dla mnie coś hipnotyzującego w światach których nikt poza nielicznymi wtajemniczonymi nie zrozumie. Ich cudowność i przerażająca samotność którą niosą. Spędziłam pierwszą dekadę dorosłości grając w tekstowe erpegi i nie rozmawiając o tym z nikim z zewnątrz. Wynikły z tego dobre rzeczy, warsztat, ulga, przestrzeń do wyrażania rzeczy, miejsce do eksperymentów, nawet bardzo fajna praca. Wynikła również jedna z najbardziej wyniszczających relacji jakie miałam, która nie byłaby nawet w połowie tak zła gdyby nie świat który miał sens tylko dla nas dwóch i który był przez jakiś czas ważnieszy od czegokolwiek innego. 
Może dlatego to w jaki sposób własna fantazja niszczy i odbudowuje Seana, jak niszczy i odbudowuje jego graczy mnie tak bierze.

VII ROZUM I GODNOŚĆ CZŁOWIEKA
Po wypadku nikt szczególnie nie wierzy w Seana, bardzo trudno w nim widzieć kogoś kto jeszcze coś zrobi z żyćkiem. A on robi. Bierze wszystko co z niego zostało i decyduje o sobie, używa tej rzeczy która go zabiła, żeby żyć dalej, żeby być w pełni sobą, żyć godne, pełne i znaczące życie, nawet jeśli jest dziwne i niszowe, i w czasie lektury mówiłam że Sean jest świętym bo jest po prostu najlepszą mordeczką jaka chodziła po ziemi, ale też jest świętym bo świętość to bycie sobą w pełni: no i mam te mroczne impulsy, i co mam w związku z tym robić, strzelić sobie w łeb?

VIII Satanic panic
Słuchałam niedawno podcastu o satanic panic i nie mogłam go wyrzucić z głowy w trakcie lektury, patrz też: Dorastanie

IX Narracja
Sean jest po prostu strasznie charyzmatycznym bohaterem, o niesamowitym wejrzeniu w siebie i w rzeczywistość, kiedy chce mu się na nią patrzeć. Ma cierpkie poczucie humoru i niezmierzone pokłady współczucia i zrozumienia, dla innych i czasem dla siebie

I więcej w tym momencie nie mam, chociaż na pewno bym mogła, bo tyle wątków nieporuszonych, ale gdyby można było streścić w notce, to nie byłoby książki, więc czytajcie książkę.



hasztag_nikogo: (Default)
Jak powiedziałam tak - z grubsza - zrobiłam, przeczytałam piętnaście tomów poezji i trzy krótkie powieści (nowelki?) w dziesięć dni, selekcja odbyła się w ten sposób że przeszłam po półkach w domu i wzięłam dużo rzeczy z kategorii kupione-nic mi to nie mówi-jest cienkie. Plus jakichś dwóch klasyków którzy leżeli na wierzchu i też nie byli grubi.

Było to zaskakująco fajne.

Moje lata dorosłe znaczy wiele okresów nieczytu. Dla kogoś kto zbudował w dzieciństwie swoją tożsamość na czytaniu, to cios. Skończenie książki już nigdy nie jest oczywiste nawet kiedy akurat w nieczycie nie jestem. I teraz było coś wręcz pijanego, obscenicznie euforycznego w tych dwóch przedmiotowo traktowanych książkach dziennie między końcówką roku w robocie, przygotowaniami świątecznymi i innymi przygodami. Kończąc wiersz zazwyczaj nie pamiętałam początku ani nawet tego co było trzy linijki wcześniej i zazwyczaj nie wracałam żeby ogarnąć. Co się przykleiło to się przykleiło, mam teraz całe życie żeby wracać i smakować i rozgryzać jeśli mnie najdzie ochota. I przynajmniej mam jakiś szkic mapy eksploracji.

Przy tej całej zachłannej obsceniczności mam teraz odnowioną wiarę w ludzkość i literaturę (i zabitą wiarę w film xD). Przeczytałam osiemnaście książek w dziesięć dni, KAŻDA BYŁA ZUPEŁNIE INNA OD POPRZEDNIEJ.
KAŻDA BYŁA ZUPEŁNIE INNA OD POPRZEDNIEJ.

Książka może wszystko. Przebiłam w dziesięć dni osiemnaście światów z przestrzeni ostatnich stu dwudziestu paru lat i żaden nie był podobny do innego, poza tym że wszystkie były jakoś podobne, bo motywy przewijały się na zupełnie nieoczywiste sposoby i część z tych sposobów pojawiła się tylko dlatego, że zestawiłam te książki pod wpływem demonicznego impulsu bicia rekordów.

(jeden z top momentów: przeleciałam Papuszę - Chulud Szaraf - Aaiún Nin, wszystkie niebiałe i piszące wśród białych dla białych, z zewnątrz często o wojnie - to też było niesamowite jak im się odbijały różne motywy przez czas i przestrzeń, i te związane z rozpaczą, z wyobcowaniem, z tęsknotą, z radością - a potem wpadła Louise Gluck, która kończyła się posłowiem od tłumaczki i posłowie było o tym, że Louise Gluck się z nią nie spotkala bo robiła casting na ogrodnika który będzie zajmował się ogrodem jej bostońskiego domu kiedy poetka przeprowadzi się do swojego drugiego domu z ogrodem w Vancouver, THE WHIPLASH ja pierdolę)

Zawsze uważałam że jestem osobą, która lubi Rozgościć Się W Swiecie Przedstawionym. Wiecie, jak książka jest długa, wielowątkowa, jak na tej długości można niespiesznie budować coraz bardziej wciągającą, misterną fabułę, zaczynać od szczegółu a potem opierać na nim zwrot akcji, przekształcać bohaterów tak, że kiedy myślą tym jacy byli na początku opowieści ledwie się poznają i my też ledwie poznajemy, ale poznajemy bardzo dobrze, bo dokładnie wiemy jakią drogę przeszli, książki których czytanie jest jak wycieczka w góry, że zatrzymujesz się i patrzysz za siebie i masz takie damn, to wszystko ja? Ja to przelazłam? I jeszcze tyle przede mną?

Ale kurde, książki które są jak nurkowanie, jak strzykawka z w oko albo błyskawica, które czytając na akord można zestawić w teledysk, teleport, kolej dużych prędkości, wystawę w muzeum z której nie jesteś w stanie wziąć wszystkiego co może ci dać przepisują mózg na sposoby wcześniej przeze mnie niedoceniane.
hasztag_nikogo: (Default)
Jak wiadomo jestem przeciwniczką chodzenia na rekord, ale jestem też tylko człowiekiem któremu wyszło że ma namacalną szansę przeczytać w tym roku więcej książek niż w ktorymkolwek w historii pomiarów (pomiary robię od 2020 bodajże), dokładnie to dziś rano jak skończyłam Sążnisty Drugi Tom Sagi Fantasy brakowało mi jednej żeby dobić do rekordu i dwóch żeby go przebić.

Sążnisty Trzeci Tom Sagi Fantasy nie wchodzi w grę bo Saga o Zbóju Twardokęsku to seria przez którą brnę z przyjemnością, ale brnę, tom w miesiąc mniej więcej.

I teraz sobie myślę, że no owszem, rekordy złe.

Ale zrobić z grudnia miesiąc czytania ~dwóch tomików poezji dziennie żeby wyrobić dwieście procent normy ma powab któremu trudno się oprzeć, być może potencjał na zwyczaj lub tradycję.

(barbarzyńską, owszem, ale wszystkie godne uwagi tradycje są barbarzyńskie!)

hasztag_nikogo: (Default)
Akurat padło dzisiaj na pisanie powieści i dobrze, bo dawno jej nie pyrgałam.
Jak skończyłam cykl notek schulzowskich to uznałam że w sumie podobało mi się jak je tytułowałam (poprzez wybranie paru zgrabnych słów z opowiadania i uczynienie ich tytułem) i że przeniosę tę technikę na powieść.
Nie układają się póki co w wiersz, na pewno nie tak fajny jak ten z "Apokryfów...", ale tytuły ostatnich trzech rozdziałów zawierają w sobie ducha tej książki.


hasztag_nikogo: (Default)
Jestem chora drugi raz w ciągu miesiąca w związku z czym nie pojechałam na pisankowy wyjazd który sama organizowałam, więc żeby się pocieszyć wrzucę chociaż pierwszą scenę tego opka, którą szczerze rzekłszy napisałam tak mniej więcej trzy dni po pierwszej notce w serii (i notatkę pod nią też wtedy).  Zastrzegam, że jest to, jak mawia Ania Karnicka, pisane z ręki (uwielbiam ten zwrot), tylko wywaliłam jakiś jeden bardzo krindżowy kawałek i trochę wyprostowałam jedno zdanie które było pokręcone i rzuciło mi się w oczy jak skanowałam stronę.

A w sumie napiszę jeszcze o krindżowym kawałku, gwoli transparentności, bo skoro robię serię notek które są uczciwie o procesie to robię serię notek, które są uczciwie o procesie.
Brzmiał on, i doceńcie moje poświęcenie, mogłam się ochronić i nie cytować: 

"Sięgnął po pierwszy owoc domu swoich państwa, a owoc pozwolił się skosztować, uraczył go słodkim sokiem."

I to nie jest tak, że nie czułam, że to może być krindżowe, potem natrafiłam i ojezu co ja zrobiłam. Nie wiedziałam że jest krindżowe, gdybym wiedziała to bym tego nie napisała. Ale jakoś tam sobie raczej zdawałam sprawę że jest ryzykowne, natomiast granica pomiędzy bardzo ładnym zdaniem a zdaniem które mocno przesadziło bywa cienka i widoczna dopiero po jakimś czasie. A ponieważ poprawianie istnieje, to uważam, że zawsze lepiej zaryzykować napisanie potwornego, przesadzonego zdania niż pozostawać ostrożnie w sferze bycia nieofensywną. 

Jak się przyglądam temu zdaniu to widzę też na jaką potrzebę odpowiada. "Pierwszy owoc" to jest w ogóle bardzo dziwna konstrukcja, która odpowiada za dużą część poczucia żenady w tym zdaniu, natomiast dzięki temu że jest dziwna jestem w stanie ją szybko zidentyfikować jako echo "first flower of my house" z Gideon the Ninth. First flower of my house jednakowoż pojawia się pod koniec książki, pracowaliśmy na nie bardzo długo i głównie stąd się bierze jego siła. Wiem więc, że chodziło mi w jakiś sposób o wrażenie romansu, który jest zwieńczeniem jakiejś długiej historii, wywalczony i gorzki.

Trudno jednakowoż zbudować coś takiego w pierwszej scenie, i może dlatego to było krindżowe - nie przez same sformułowania, tu jakieś drobne edycje by dały radę - a przez to, że ta narracja niczym jeszcze nie zasłużyła na to, by używać aż tak purpurowej prozy (wiem, kalka, mówiłam że jestem chora).

No, to do sceny: 

Prawdziwy mężczyzna coś by z tym zrobił, powiedziała Imarowi jego ukochana, ochroniłby mnie, powiedziała, i teraz przewracał się z boku na bok na posłaniu, usiłując wymyślić co właściwie mógłby zrobić, nie zamykając oczu, bo pod powiekami natychmiast widział jej zapłakaną twarz.

Alise pochodziła z błogosławionej rodziny; od setek lat w każdym pokoleniu przynajmniej jedna z dziewcząt zostawała wybrana by służyć Arachne, bogini-imperatorowej w jej pałacu.

W tym pokoleniu Alise była ostatnią kandydatką – w Święcie Sieci brały udział tylko dziewczęta między czternastym i osiemnastym rokiem życia, wszystkie jej kuzynki i siostry już swoje przebyły i nie zostały wybrane. Była pewna, że zostanie wybrana. Jej rodzice byli tego pewni. Wyprawili ucztę pożegnalną, o której trudno było mówić inaczej niż „żałobna”.
Imar był tam oczywiście, służył państwu, podawał tace z owocami, przez cały wieczór czuł na sobie jej płonące spojrzenie. Nie odezwała się do nikogo ani słowem, zasłonięta woalem, i dopiero kiedy dopadła go już po wszystkim, zaczęła płakać.
Próbował ją pocieszyć jak mógł, ale na nic się to nie zdało, była coraz bardziej zrozpaczona, coraz bardziej wściekła i w końcu powiedziała co powiedziała.

Prawdziwy mężczyzna by mnie obronił.

Obronił.

Przed świętym prawem i magiczną mocą Imperatorowej, rządzącej Amarią od tysięcy lat.

Obronił.

On. Sierota wychowana do służby na arystokratycznym dworze, do służby, nawet nie do walki. Do walki, stwierdzono, się nie nadawał. Za chudy. Za cherlawy. Chorowity. Młody.

Wiedział, że z Alise to nie ma szans przetrwać, ale nie miało też szans się zacząć, a jednak. Odważył się po nią sięgnąć, a ona odważyła się nie uciec.

Imar zacisnął powieki. Przewrócił się na drugi bok. Luka na sąsiednim posłaniu jęknął i kopnął go w goleń.

- Uspokój się, kurwa, chcę spać – wymamrotał sennie.

Imar podniósł się z siennika, zarzucił na siebie płaszcz i wyszedł na zewnątrz. Czuł, że i tak nie zaśnie tej nocy.
Wyszedł na wewnętrzny dziedziniec posiadłości, usiadł pod drzewem oliwnym, starszym ponoć niż sama bogini. Oparł głowę o pień, zapatrzył się na prześwitujące między gałęziami gwiazdy.

Niczego tak nie pragnął jak ją uratować. I miała przecież rację. Czy był godny nazywać się jej mężczyzną, nazywać ją swoją, jeśli nie potrafił jej obronić?

Co z tego że zagrożenie było niezmienne od tysięcy lat, co z tego że żaden z wielkich wojowników nigdy nie sprzeciwił się woli Imperatorowej, widać żaden nie kochał tak jak on, takiej kobiety jak Alise! 

Zrobiłby wszystko, wszystko żeby ochronić ją przed poborem. Poszedłby tam za nią, gdyby mężczyźni mieli wstęp do świątyni. Gdyby mógł ją zastąpić na poborze wszystko by się rozwiązało, Arachne nie wybrałaby przecież mężczyzny! Postałby w upale, a potem wrócił do domu i mogliby żyć razem dalej. Służyłby jej do końca życia.

Westchnął, patrząc na gwiazdy. Przez chwilę nie myślał o niczym.

Kolejną zajęło mu zorientowanie się, co właśnie wymyślił.

Podniósł się spod oliwki i cicho, jak cicho biegł tyle razy przez ostatni rok, pomknął do okna Alise.
 
*
 
To był mocno discovery writing – na etapie pierwszego zdania nie wiedziałam jeszcze kogo właściwie Imar będzie ratował. I siostra i ukochana były dość soczyste, ostatecznie poszłam w ukochaną, bo bardzo mi leży ustawienie całej historii pod to, że Imar chce być Prawdziwym Mężczyzną, a status Prawdziwego Mężczyzny jest jednak wyraźniejszy w stosunku do partnerki niż do siostry.
To miałam z głowy, więc dalej dalej, ręce Gadżeta, mamy informacje do przekazania, bo akurat sytuację miałam przemyślaną dość dokładnie. W sensie wiem że
- co pięć lat jest nabór do klasztoru/świątyni/pałacu
- w naborze biorą udział młode dziewczęta
- jeśli w rodzinie jest więcej niż jedna w odpowiednim wieku, to rodzina i tak wystawia jedną
 
(teraz jak to piszę to widzę że tu jest fajny potencjał, którego nie wykorzystam, bo angst kiedy obie z siostrą się kwalifikujecie, a rodzice mówią okej, ty idź, ale nie o tym jest ta historia – nie, czekajcie, przecież będzie Nira, ona może mieć takie backstory)
 
No i te trzy rzeczy nie dają mi sytuacji podbramkowej w które Imar serio musi iść ratować ukochaną bo ją straci. Stąd rodzina, która zawsze ma kogoś w służbie pałacowej, stąd laska, która jest ostatnia kwalifikująca się i w związku z tym ma pewność że zostanie wybrana (albo będzie skandal).
 
No i pięknie, mamy stawkę, mamy tragiczny romans, wszystko ustawione i orientuję się, że moment. Przecież jak ten chłopak zniknie to ktoś się raczej zorientuje, będzie jakaś awantura, coś się powinno zadziać. I mogłabym się w sumie nad tym prześlizgnąć, ale zrobienie z Imara sieroty i służącego (niewolnika?) w domu Alise robi mi kilka rzeczy:
- nierównowagę władzy i sugestię że femdom
- okazję żeby powiedzieć, że jest drobny (i pewnie w domyśle ma delikatną urodę), a to jest jakaś podstawa w gatunku chłopiec-udaje-dziewczynkę
- charakteryzację, że Imar to jest dość skłonny robić zabronione rzeczy, skoro się rucha z córką pana
 
No i mamy wszystko czego chcę od tej sceny: pokazuję bohatera w sytuacji, pokazuję jego problem, pokazuję jak postanawia sobie z nim poradzić.
 
Teraz mogę dać scenę z Alise – co jest fajne bo może pozwolić Imarowi być nieco władczym, jakieś „słuchaj, pójdziesz do pobliskiego gaju, tam przesiedzisz dwa dni, potem wrócisz, ja już będę z powrotem”
„Ależ Imar, jeśli znikniesz mój ojciec każe cię wychłostać!”
„To nieważne, nasza miłość jest ważna! Daj mi swoją kieckę!”
 
I jest to fun scena do pisania. Z drugiej strony na chuj mi jego relacja z Alise, skoro to jest opko o relacji z Nirą? Do przemyślenia, najpiewniej napiszę i wywalę jak będzie całość – albo nie.
 
Nazwy mam w cały świat, cesarzowa-imperatorowa-kapłanka Arachne na pewno się zmieni, bo się robi za grecko, wyobrażam to sobie raczej bliskowschodnio, z drugiej strony Kahesis też brzmi z grecka, zobaczymy.
 
Arachne wzięła się w ogóle z tego, że zawsze jak myślę o złych seksownych kapłankach to myślę o takiej kurde połowie zdania z tego wiedźmińskiego opka które jest retellingiem Pięknej i Bestii, bo tam ten gość dostał klątwą bo zgwałcił jakąś pajęczą złą kapłankę właśnie. Najbardziej mi z wiedźmina zostały w głowie te kawałki które są totalnie randomowe i Andżej w ogóle później ich nie wykorzystał w worldbuildingu albo nawet im zaprzeczał, bardzo je lubię (kto jeszcze pamięta, że na samym początku wiedźmini to był nowomodny wymysł a nie bractwo o kilkusetletniej tradycji? Ja pamiętam).
hasztag_nikogo: (Default)
to tylko proteza. 
Śmieszna rzecz z listami, tabelkami, punktami i wypełnianiem rubryk. Parę lat temu byłam zafascynowana taką metodą pisanka która nazywa się snowflake - to znaczy wyjebałam z niej oczywiście strukturę opowieści bo w nią nie wierzę, ale ogólnie jest to bardzo sprawne, iteracyjne podejście do pisania, którego ślady w ogóle widać w tym procesie, który rozpisuję teraz - zaczynasz od streszczenia fabuły w zdaniu, potem rozszerzasz je w akapit, potem opisujesz bohaterów krótko, potem długo i na końcu lądujesz w wypisywaniu sobie scen w tabelce.

I jest to wszystko bardzo satysfakcjonujące i łatwo się na to złapać. Są proste, ogarnialne kroki. Jest dopamina. Jest poczucie, że zrobiło się co trzeba.

I jest niewidzialny problem.

Problem polega na tym, że jak masz rubryczki do wypełnienia to je wypełnisz. I dostaniesz dawkę satysfakcji z wypełnienia rubryczek.
To czy to wypełnienie ma sens to już jest zupełnie inna historia. Twoim celem nie jest przecież wypełnienie z sensem. Twoim celem jest żeby w rubryczce coś było.

Powieść, którą teraz sobie piszę była jakieś trzy wersje i sześć lat temu rozpisana na snowflake'u i jak wróciłam do tej rozpiski po latach, to tam było zero treści i bardzo trudno było się zorientować, że tak jest. Nazywam sobie to teraz GPTyzacją procesu, bo to w sumie działanie bardzo podobne do naczelnej zasady chata - odpowiedź ma się pojawić i ma być pozytywna. Czy mam coś w komórce tabeli? Mam coś w komórce tabeli. Czy to ma sens? Nie interesuj się bo kociej mordy dostaniesz, my-job-here-is-done.jpg
 
Więc, choć wyliczenie sobie wydarzeń w punktach jest bardzo przydatne i spoko, warto sobie opowiedzieć to, co się wydarzy ciągłym tekstem.
 
To w ogóle, orientuję się, trochę też lekcja z gamedevu.
Jak się próbuje wyjaśnić komuś questa to najczęściej się to robi na grafach i strzałkach i punktach, wychodząc z założenia, że nikt nie czyta dokumentacji (co jest w ogóle prawdą) i że trzeba maksymalnie uprościć komunikację. I wszystko pięknie, ale potem i tak jest dużo dopytywania i niezrozumienia. Ostatnio próbuję w rozmowach o fabule streszczać questy kilkoma zdaniami ciągłego tekstu, nawet zawierającymi - o zgrozo - przymiotniki i zwroty mające trochę zbudować nastrój. Skuteczność takiej komunikacji jest większa, zupełnie jakby język, a nie graf, był dobrym narzędziem do opowiadania historii. A i ja, streszczając sobie rzecz nie w punktach, a pełnymi zdaniami, lepiej się odnajduję w fabule, prostuję i spinam rzeczy.
(to oczywiście duże uproszczenie, jak się zaczynają rozgałęzienia to kilka zdań nie zadziała i strzałki robią się konieczne, ale nie o tym jest ten akapit)

 
Więc, mając już listę scen, postanowiłam opowiedzieć sobie ciągłym tekstem jak to będzie wyglądało. 
 
 
Nastoletni chłopiec, Imar, idzie na rytualny nabór kapłanek-wojowniczek, by ochronić przed nim swoją siostrę/ukochaną, pewien że nie zostanie wybrany (bo bogini przecież się tak nie pomyli), wróci do domu i heja. Po drodze/na miejscu poznaje rówieśniczkę, Nirę, mocno przerażoną cąłą sprawą, i pociesza ją że wszystko będzie dobrze i jutro wrócimy do domów. Rozśmiesza ją nawet, wyjawiając że jest chłopcem.
Oczywiście obaj zostają wybrani. Jeżeli Imar zostanie odkryty, będzie to oznaczało jego śmierć, Nira pomaga mu ukryć swoją tożsamość. Od tego momentu zostają nierozłącznymi przyjaciółkami.

Kilka lat później zostają włączone do specjalnej jednostki w armii Imperatorowej – Kapłanki - Nira  jako potężna czarodziejka posługująca się niszczycielską magią, Imar vel Kathesis jako uczona asasynka od trucizn i szpiegostwa. Nira jest już mocno into the religia, może hinty że magia ją zmieniła, jest napięcie związane z tym, że wie, kim jest Kathesis, nie chce o tym gadać, udaje że zapomina. Kathesis, jako uczona i well, jako ona, uważa, że coś jest z tym całym systemem nie tak i że czytała przepowiednie, niewiele się zgadza, być może wręcz bogini-imperatorowa jest impostorką.

Dostają misję, dostać się do wieży czarnoksiężnika z sąsiadującego państwa, zniszczyć jego i jego armię niewolników-budowlańców i odzyskać z wieży artefakt – przeklęty miecz (albo odłamek). Kathesis infiltruje, uwodzi i zatruwa, Nira wpada z ogniem z nieba, odzyskują.

W drodze powrotnej Kathesis ma poważną rozmowę z Nirą, czy nasza bogini to na pewno bogini, czy wie wszystko, czy świat powinien tak wyglądać. Nira, na tym etapie już mocna fanatyczka, nie wytrzymuje i wybucha, mówi jej że jest w ogóle dwulicową kurwą, półczłowiekiem, ciśnie jej przez wszystkie insecurities, no i jest to na tyle intense, że Kathesis bierze co ma pod ręką, a jest to przeklęty miecz i ją nim godzi.

No ale miecz jest przeklęty i magiczny i okazuje się że ugodzenie zamienia Nirę w actual najwyższą kapłankę, robi z niej kolejne wcielenie. Kathesis spierdala.

Nira wraca do pałacu, znajduje swoje poprzednie, martwe ciało, zajmuje tron. Kathesis w obcej ziemi zostaje lekarzem. Oboje dręczy tajemnicza choroba (z miecza albo klątwa czarnoksiężnika, klątwa czarnoksiężnika może makes more sense).

W reakcji Nira (czy jak tam się nazywa najwyższa kapłanka) szuka dobrej następczyni. Czyni to sprowadzając sobie do pałacu młode dziewczyny i sprawdzając czy przeklęty miecz je ugodzi – naprawdę godnej nie ugodzi i ona będzie godna zostać następnym ciałem.

Imar/Kathesis obsesyjnie szuka lekarstwa, ale tak naprawdę wie, że jest tylko jedno – cios przeklętym mieczem. Po latach decyduje się więc na powrót do klasztoru, wślizguje się tam znów w kobiecym przebraniu, zostaje promptly schwytana przez Nirę. W konfrontacji ta atakuje ją magicznym mieczem. Miecz jej nie dotyka. Nira zamiera, zaskoczona, Kathesis rozumie już całą prawdę, rozumie co ocali je obie, nadziewa się na miecz, (bo prawdziwy mężczyzna powinien móc bronić kobiety którą kocha) zdrowieje, zostaje następnym wcieleniem kapłanki i teraz są już zawsze razem w jednym ciele, przez wieczność.
 
 
 
Nadaję już postaciom wstępne imiona (imiona są WAŻNE, nic mi tak nie mówi "to opko mogłoby być bardziej w sobie osadzone" jak brak imion, patrzę na ciebie antologio schulzowska), zarysowuję konkretne sytuacje i konflikty, mam jakiś łuk emocjonalny, mam jakiś worldbuilding. Jestem w chuj daleko od mojego spindlewheela i nawet od tej rozpiski punktów. Nadal jest to opowiadanie dark fantasy o krwiożerczych kapłankach i zawiera prawdziwego mężczyźnę robiącego co prawdziwy mężczyzna robić powinien, broniącego swojej kobiety. Nie ma ideologii.

 
Pięknie. Możemy pisać.
hasztag_nikogo: (Default)
 na urban fantasy. Jesteś sobie duchem wielkiego kompozytora. Muzyka, fortepiany, listopad, wierzby płaczące, Paryż, gruźlica i gejostwo.
I wtem dostajesz pod opiekę. Lotnisko.
hasztag_nikogo: (Default)
to jedynie zaczyn. Moje pisarskie metafory są albo ogrodnicze albo kuchenne, w ostateczności tekstylne, nie mam innych, jestem tu strasznie zgenderowana.

Tak czy inaczej, jak mówiłam ostatnio (no, przedostatnio, ostatnio było o czymś innym), po wypracowaniu pomysłu na opowiadanie przyszedł czas na wypsanie sobie wydarzeń tej historii. Zawsze daję się sobie nabrać na twierdzenie, że no, to będzie lista scen. Takie sceny będą w opowiadaniu, nie więcej nie mniej.
Tak nigdy nie jest.
Mam na przykład moją powieść. W którymś momencie napisałam sobie do niej konspekt i w konspekcie mam taki oto fragment:
 
"Odbywa się pogrzeb [3-4 rozdział?]"

Z tydzień temu zaczęłam rozdział, w którym jest pogrzeb. Jest to rozdział dziewiąty.
 
Wydaje mi się, że takie niedoszacowywanie jest częste - jak coś jest w punktach to wydaje się proste do rozwinięcia i ogarnialne, a potem ze szczegółów wychodzi diaboł i okazuje się, że pisanie się dzieje właśnie w szczegółach, że ich zawsze jest więcej niż myślimy, że piękne i skuteczne przekazywanie treści zajmuje czas i miejsce. Moim sposobem na to jest po prostu zaakceptowanie że tak będzie i zrobienie sobie z mózgu struny rozciągniętej między dwoma kołkami: "mam konspekt i dzięki niemu wiem jak będzie wyglądać ta historia" oraz "to na pewno nie będzie wyglądać tak, jak jest w konspekcie". Oba są mi potrzebne. Konspekt mnie przybliża do tego co chcę powiedzieć, jest jednym z najbardziej intencjonalnych momentów w pisaniu, tu jeszcze mogę sobie nakreślić główne tematy i cały wydźwięk wszystkiego. Z kolei świadomość, że konspekt to nie kredyt hipoteczny i że na pewno się od niego szybko uwolnię pozwala mi pisać to, co jest faktycznie do napisania, a nie to, co myślałam że jest do napisania.
 
To wszystko rzekłszy, pierwszy konspekt krwiożerczych kapłanek prezentował się następująco:
 
1. Dwie kleryczki poznają się przy żmudnej pracy w mrocznym klasztorze i od razu zaczynają pałać do siebie sympatią
2. Paruje się je w służbę ofiarną; jedna sieje wielkoskalowe zniszczenie, druga jest zimną asasynką
3. Gdy asasynka wyznała magiczce swoje wątpliwości, ta zmieszała ją z błotem; asasynka za to ugodziła ją przeklętym mieczem
4. Magiczka stała się w efekcie wcieleniem wszystkich kolejnych kapłanek i kolejną najwyższą kapłanką/imperatorową
5. Asasynka uciekła z kraju, została lekarką, postanowiła poświęcić się dobru
6. Asasynkę powoli toczy klątwa miecza
7. Po latach poszukiwań wraca do klasztoru odnaleźć jakiś sposób aby ją odkręcić
8. Magiczka tymczasem poszukuje perfekcyjnej następczyni dla swego bóstwa, niewinnej i dobrej, takiej, której nie dotknie przeklęty miecz
9. Asasynka wślizguje się do klasztoru ale ostatecznie zostaje złapana
10. Magiczka atakuje ją przeklętym mieczem
11. Ten nie dotyka jej szyi
12. Asasynka, wiedząc, że on stanowi klucz do wyleczenia choroby która toczy je obie sama się na niego nadziewa
13. Zostaje kolejnym wcieleniem najwyższej kapłanki i imperatorowej
 
Przede wszystkim rozwija mi on sytuację, którą sobie opisałam w notatkach. Wątek przeklętego miecza zyskuje na ciężkości, mogę sobie wokół niego osnuć fabułę, to zawsze spoko. Magiczny pierścień gdzieś zniknął, ale to nie szkodzi, nie potrzebuję dwóch potężnych artefaktów,  ta fabuła ma być w miarę zwarta. 
Przede wszystkim wiem teraz co się dzieje po wielkim konflikcie bohaterek i do jakiej puenty zmierzamy.
 
Rozpisawszy te punkty dostrzegłam jednakowoż spory brak. 
To ma być dark fantasy o sadystycznych krwiożerczych kapłankach, a te punkty zupełnie nie są seksowne. A powinny być. Dark fantasy musi być przynajmniej trochę napalone, dark fantasy o krwiożerczych złych kapłankach tym bardziej. Znaczy oczywiście, że krwiożercze złe kapłanki są seksowne z natury. Oczywiście że spora część seksowności to będą opisy czarnych skórzanych bikini czy w co je tam ubiorę (czarne skórzane bikini to jednakowoż klasyka gatunku więc pewnie w nie). Ale uznałam, że dobrze będzie przy każdej scenie zadać sobie pytanie dlaczego jest podniecająca.
 
W efekcie dostałam taką, momentami potwornie naciąganą listę:
 
1. Dwie kleryczki poznają się przy żmudnej pracy w mrocznym klasztorze i od razu zaczynają pałać do siebie sympatią
- why is it hot?
- bo młode dziewczyny zmuszone do pracy!
- i zmusza je oczywiście najwyższa kapłanka!

2. Paruje się je w służbę ofiarną; jedna sieje wielkoskalowe zniszczenie, druga jest zimną asasynką
- why is it hot?
- bo są poddane rytuałowi!
- bo są cool&badass
- do they fuck?
3. Gdy asasynka wyznała magiczce swoje wątpliwości, ta zmieszała ją z błotem; asasynka za to ugodziła ją przeklętym mieczem
- why is it hot?
- bo ugodzenie mieczem i upokorzenie!
4. Magiczka stała się w efekcie wcieleniem wszystkich kolejnych kapłanek i kolejną najwyższą kapłanką/imperatorową
- why is it hot?
- bo femdom!
5. Asasynka uciekła z kraju, została lekarką, postanowiła poświęcić się dobru
- why is it hot?
- repression!
6. Asasynkę powoli toczy klątwa miecza
- hot?
- suffering!
7. Po latach poszukiwań wraca do klasztoru odnaleźć jakiś sposób aby ją odkręcić
- hot?
- dress-up! Humiliation!
8. Magiczka tymczasem poszukuje perfekcyjnej następczyni dla swego bóstwa, niewinnej i dobrej, takiej, której nie dotknie przeklęty miecz
- hot?
- femdom! Cruelty!
9. Asasynka wślizguje się do klasztoru ale ostatecznie zostaje złapana
- hot?
- competence! Bondage!
10. Magiczka atakuje ją przeklętym mieczem
- hot?
- tension!
11. Ten nie dotyka jej szyi
12. Asasynka, wiedząc, że on stanowi klucz do wyleczenia choroby która toczy je obie sama się na niego nadziewa
- hot?
- suffering!
13. Zostaje kolejnym wcieleniem najwyższej kapłanki i imperatorowej
- hot?
- femdom! Tranformation! Loss of self!
 
Czy to ważne, że duża część jest na siłę? Absolutnie nie. Co jest ważne to to, że mam rozpiskę, w której mam zaznaczone, że ma być seksownie. Że musiałam się przynajmniej trochę zastanowić, spróbować sobie naświetlić te sceny pod tym kątem i coś mi z tego może zostanie w głowie, a może się przypomni na etapie redakcji.
 
To więc z głowy. Niestety, był również drugi, potężny brak, który dyskwalifikuje to opowiadanie jako prawdziwe dark fantasy.
W tym konspekcie nie ma ani pół faceta. Obiekt falliczny na który się nadziewają bohaterki się nie liczy.
Trzeba było to koniecznie naprawić, dorzucić jakiegoś Prawdziwego Mężczyznę, to jednak zrobiłam już w następnym etapie.
hasztag_nikogo: (Default)
Czytam sobie antologię, w której jest moje opowiadanie, bo po Schulzu dostałam zamówienie na analizę jakiejś antologii (co brzmi nonszalancko, ale piszczę w środku w ogóle), i stanęło na takiej, która zawiera mój tekst. Jest fajna i na tyle stara, że uznałam, że to będzie fajny eksperyment, bo tekst sprzed pięciu lat czyta się już jak obcy.

I zaiste.

Opowiadanie ogólnie traktuje o nastolatce, która zostaje wystawiona przez swojego byłego niedoszłego i przyjaciółkę z którymi miała pójść na koncert, przed koncertem oddaje komuś bilet w zamian za płytę zatytułowaną "SKŁADANKA", słuchając rzeczonej SKŁADANKI (narracja mocno przetykana tekstami piosenek lat dwutysięcznych) teleportuje się do świata podziemnych rzek, gdzie przelotnie zostaje niewolnicą przy metafizycznym krośnie tkającym miasto, orientuje się że została niewolnicą bo nie wolno jej posłuchać muzyki, więc ucieka, i ta ucieczka jej wychodzi dopiero jak biegnie ze słuchawkami na uszach (znów narracja przetykana tekstami piosenek). Potem przestaje się martwić sprawianiem innym przykrości i daje chłopcu który ją wystawił w twarz, koniec.

Do dziś nie wiedziałam, że to jest opko o muzyce.

Więc taki przypis do rozkmin nad pomysłem, pisaniem kiedy masz coś do powiedzenia i tym kiedy właściwie dowiadujesz się co miałaś do powiedzenia.

(kiedy pisałam, to pisałam opko o buncie, dojrzewaniu i wychodzeniu z bycia grzeczną dziewczynką, a muzyka no co, muzyka sobie była, przecież każdy tak przeżywa muzykę, nie?)
hasztag_nikogo: (Default)
 to najwyżej aliteracja. Znaczy mamy jakiś motyw, pewnie, ale jednak historie zawierają wydarzenia, i bohaterki więc potrzebowałam mieć więcej.

Mówią, że pomysły są tanie i o ile zgadzam się z myślą która za tym stoi - liczy się co zrobisz, nie na co masz pomysł - o tyle to hasło, często powtarzane wprowadza czasem w dziwne poczucie, że no, każdy może mieć pomysł, pomysły leżą na ulicy i są łatwe.
 
Nie są. Wymyślanie nowych rzeczy z powietrza jest tym trudniejsze im starsi jesteśmy, bo zaczynamy wymyślać nowe rzeczy z powietrza jako dzieci i im starsi jesteśmy tym więcej już wymyśliliśmy i coraz mniej rzeczy jest nowe. Wkrada się coraz więcej wątpliwości, bardzo często już na etapie pomysłu, co na dobrą sprawę jest absurdalne, bo na etapie samego pomysłu nic jeszcze nie można powiedzieć. Zgryźliwy łowca potworów spotyka strzygę nie brzmi porywająco. ~ grecka księżniczka, którą młodsza macocha wysyła do wojska brzmi trochę ciekawiej. Nie od pomysłu zależy czy wyjdzie z tego Wiedźmin czy Achaja (na tym blogu gardzimy Achają, gdyby była jakaś wątpliwość).
 
Bez względu jednak na to, pomysł trzeba skądś wziąć, i oczywiście jest ta szkoła, że jeśli nie masz nic do powiedzenia to po co piszesz, z której można sobie zrobić skrót do "jeśli pomysł nie przyjdzie sam to się nie liczy". Chuja tam. Najczęściej dowiadujesz się co masz do powiedzenia w trakcie pisania, po nim, albo lata później na terapii. Żeby coś powiedzieć musisz zacząć mówić, żeby zacząć mówić musisz mieć pomysł na choćby scenę. Kiedyś pomysł na scenę mi wystarczał, Iluzja się zaczęła od jednej źle przeczytanej linijki która pobudziła mi wyobraźnię i bardzo wyraźnego obrazka który sobie wyobraziłam, a potem pisałam na yolo.
 
Piękne to były czasy, ale właśnie mija siódmy rok odkąd zaczęłam pracować w gamedevie, skończyłam też trzydzieści siedem lat; po drodze właściwie straciłam umiejętność pisania bez planu. Plan się zmienia w trakcie, owszem, ale ponieważ jestem w branży, która wymaga koordynacji pracy bardzo wielu osób, oraz ponieważ wiem i umiem trochę więcej niż kiedyś, potrzebuję mieć nie tylko instynkt i energię, ale też intencję i jakieś przybliżenie drogi do realizacji tej intencji.
 
Zazwyczaj posługuję się w tym celu jakimś losowaniem.
To nie jest tak, że wierzę we wróżby. Wierzę natomiast w dostrzeganie wzorów i w to, że żeby się dowiedzieć co nam w duszy gra potrzebujemy się skupić i jakoś dostać do siebie do środeczka, tam, gdzie nie myślimy o tym co na obiad i czy musimy wstawić pranie. Wierzę też, że potrzebujemy jakiegoś zewnętrznego inputu kiedy się skupiamy i wymyślamy rzeczy, bo inaczej ciągle się obracamy w jednym grajdołku. Więc kiedy muszę wpaść na pomysł - skupiam się, czasem wrzucam jakiś starter do metaforycznego kompostu i zdaję się na los.
 
To może wyglądać różnie. Jeśli mam więcej czasu mogę obejrzeć film w klimacie, a potem włączyć playlistę na shuffle i pójść na długi rower lub długi spacer. To moja ulubiona forma pracy nad pomysłem, ale częściej idę na skróty. Długo posługiwałam się w tym celu tarotem, ale po jakimś czasie tarota zna się na pamięć i wpada się w stare, znane koleiny, dlatego zazwyczaj używam jednak Spindlewhella.
 
Spindlewheel to jest zasadniczo już nawet nie tyle erpeżek ile gatunek erpeżków inspirowanych tarotem, do którego osoba autorska stworzyła własną talię, a potem jeszcze zaprosiła kilka innych osób żeby dorobiły swoje. Talia jest Bardzo Gruba, zawiera karty które niewiarygodnie oddziałują na wyobraźnię; każda z nich ma nazwę i dwa poetyckie, acz konkretne opisy, które mają z grubsza odpowiadać temu co robi "normalne" i "odwrócone" położenie karty w tarocie. Jest to wspaniałe, popatrzcie tylko:
 

 
 
Najlepszy kickstarter jaki wsparłam w życiu.
 
Poza kartami, Spindlewheel, jako szanująca się wróżbiarska gra, posiada też rosnącą z każdym miesiącem (?) ilość rozkładów, z których korzystam rzadko (mimo że kupiłam wszystkie xD), ale teraz zerknęłam, w poszukiwaniu jakiegoś dobrego szkieletu fabuły do dark fantasy. To jest w końcu opko gatunkowe, więc powinno mieć jakieś tropy, wpisywać się w rzeczy.
 
Znalazłam więc rozkład, który nazywa się Meet Me In The Field of Honour At Dawn (ze Spindlewheel Forever), które jest zaplanowane jako gra dla dwóch osób, gdzie losujemy i interpretujemy postacie, potem historię ich bliskiej i zażyłej relacji i tego, co sprawiło że stały się zażartymi wrogami, jak się zraniły i dlaczego muszą teraz się pojedynkować, a następnie rozgrywamy pojedynek za pomocą tych kart, które losowaliśmy, wspierając się nimi w opisie przebiegu walki. Tego ostatniego już nie zrobiłam, bo nie było mi potrzebne.
 
Jest to, można powiedzieć, fabuła spod znaku lovers to enemies. Wydawała się odpowiednio dramatyczna do dark fantasy.
 
Swoim zwyczajem rozłożyłam co trzeba a potem zaczęłam robić notatki odnośnie tego, co mi z tego wychodzi; pomysły zaczęły się zmieniać i klarować już na przestrzeni pomiędzy stołem a kartką.
 
Nie zapisałam sobie wszystkich kart, które wylosowałam, bo nie wiedziałam wtedy że będę pisać taką notkę, ale pierwsze dwie owszem, bo był to jeden z wypadków, które są odpowiedzialne za ton, którym mówię zazwyczaj, że to nie tak, że wierzę we wróżby (a mówię to takim tonem, że można się domyślić, że potem wejdzie "ale").
 
Gdyż pierwszą kartą którą wylosowałam do pierwszej postaci w moim opowiadaniu o krwiożerczych kapłankach było „Godless”.
 
Notatki prezentują się z grubsza tak:
 
Godles doctor
wealth beyond gold and land – wiedza, skill
ale jest chory, umiera
chce koniecznie znaleźć lekarstwo, w tym celu odwiedza mroczne archiwum tajemniczego boga w zakonie z którego uciekł

Empress
Najwyższa kapłanka z przeklętym pierścieniem, który daje jej moc jej boga
Jest kolejnym wcieleniem kapłanki, jest wieczna
Jest chora na to samo co doktor
Potrzebuje niewinnej ofiary
Szuka jej za pomocą artefaktu – miecza który nie zrani niewinnej duszy 

Poznają się w klasztorze w czasie monotonnej pracy; od razu darzą się sympatią (jako kleryczki)
Stają się nierozłączne i złe. Doctor to asasynka, Empress sprowadza klęski i czasem robi podpalenia. Doctor daje focus, Empress daje energię.

Ostatecznie Empress uważa że Doctor zatrzymuje się w rozwoju, jest kimś, z kogo trzeba wyrosnąć.
Doctor uważa że Empress to przedstawicielka starego porządku; do obalenia.

Doctor zaraził Empress
She made him feel worthless.
 
Jak widzicie to jeszcze nie jest opowiadanie. Ale mam zarys postaci, ich historii i dążeń; można to nazwać pomysłem. Najwyższa kapłanka i apostatka, łączy je przeszłość i klątwa/choroba, na końcu będzie konfrontacja, która rozwiąże napięcie. Mam nawet jakieś rekwizyty, przeklęty miecz, magiczny pierścień. Jest tego na tyle dużo, że mogę przejść do kolejnego kroku jakim jest wypisanie po kolei wydarzeń – ale o tym już w kolejnej notce.
hasztag_nikogo: (Default)
Pierwszy zalążek pomysłu na opko dark fantasy powstał błyskawicznie. Potem zaczęłam się zastanawiać dlaczego i dlaczego ten. Czym jest dark fantasy na blogu hasztag nikogo w roku pańskim 2025. Kim jesteśmy, dokąd zmierzamy.
 
Bo wiecie, no nie jest tak że przyszli literaturoznawcy i wyznaczyli ramy gatunku. Są one raczej umowne, ale przy okazji, jak to często bywa, jesteśmy w stanie intuicyjnie powiedzieć co jest dark fantasy, a co nie - przy czym to się różni kulturowo i osobniczo. Jeśli wejdziemy na wikipedię na przykład, dowiemy się że dark fantasy to również Anne Rice, gry ze Świata Mroku i Lovecraft, od czego chłopcy od naboru by chyba jednak trochę osiwieli, a i ja mam takie "no techniiiiicznie pewnie tak, ale???". Mam wrażenie, że przynajmniej w polskim fandomie jak mówimy fantasy to mówimy o settingu inspirowanym historią na tyle zamierzchłą że można z niej dość swobodnie robić dziwkę. A wręcz - mówimy o settingu z baśni zebranych przez braci grimm i innych podań ludowych, rozwiniętym w jakiś ciekawy dla dorosłych i/lub nastolatków sposób. Mają być lasy, miecze, królowie i księżniczki, magia i frajda.
 
Tu leży w ogóle siła fantasy, zwłaszcza europejskośredniowiecznego fantasy - scenografia jest intuicyjna. Kiedy bierzemy jakąś książkę fantasy do rąk, naszą wyobraźnię już zaludniają smoki, wróżki, lochy i królowie. Jesteśmy w domu. Ten dom może być za coś przebrany, meble mogą się pojawiać w różnej konfiguracji, ale zrozumienie go nie wymaga od nas wielkich nakładów energii. Możemy od razu zostać wrzuceni w historię i przeżywać. To fajne.
I nudne na dłuższą metę.
 
Dlatego fantasy w swoim najlepszym wydaniu używa swojego sztafażu żeby wyrwać z poczucia że wiemy gdzie jesteśmy i/lub odkryć przed nami na nowo powody dla których uczyniliśmy je swoim domem. 
 
Jest taki fragment w serialowej Grze o Tron, w którą byłam do pewnego momentu mocno wkręcona, w którym Brienne ratuje życie Sansie Stark. Sansa, księżniczka północnego królestwa ucieka, wraz z przybranym bratem, który zdradził jej ród, a potem został totalnie zniszczony torturami, od jednego z wielu karykaturalnych psychopatów w tym serialu. Jest zima, las, gość wysłał za nią żołnierzy i jakieś psy, uciekający wpadają do rzeki, jesteśmy w szóstym sezonie Gry o Tron, więc mamy powody podejrzewać że to się skończy jakimś zjebanym gwałtem i innymi wymyślnymi męczarniami. I wtem - Brienne. Wjeżdża w ten las i niszczy pościg, bo dawno temu przysięgła na honor chronić Starkówny. Następnie klęka przed przemoczoną, zmarzniętą Sansą i ofiaruje jej swój miecz i swoją służbę w bardzo formalnej przysiędze. Roztrzęsiona Sansa ledwie pamięta jej formułę, stojący za nią brat-zdrajca-sprzymierzeniec podpowia jej co ma odpowiedzieć.
 
Wiele można powiedzieć o tym serialu (głównie że szkoda że się skiepścił), ale ta scena żyje w moim sercu od lat bo jest jakąś kwintesencją dobrego fantasy. Etos rycerski czy status księżniczki, zdrady i odkupienia, są gówno warte w świecie, w którym wszyscy rycerze są prawdziwymi rycerzami i wszystkie księżniczki żyją w pałacach. Honor i piękno które sobie wyobrażamy kiedy myślimy o rycerzach i królach, są najbardziej poruszające, kiedy zabłysną pośród błota. Kiedy bohaterki czy bohaterowie zachowają albo odzyskają je mimo wszystkich swoich upadków. Rozum i godność człowieka muszą świecić na tle czegoś, im ciemniejszym, tym lepiej.
 
Dark fantasy, takie jak sobie wyobrażają autorzy tego śmiesznego naboru powstało, podejrzewam, z pragnienia żeby mieć więcej takich autentycznych momentów, a mniej księżniczek na dworach i złoli którzy są źli bo kochają zło. Zdefiniowało się więc w opozycji do księżniczek i złoli, budując kolejną Oblężoną Twierdzę w matrioszce oblężonych twierdz jaką jest polska literatura fantastyczna. Cel był szczytny, powody zrozumiałe. Były książki, które budziły autentyczne, żywe emocje, przede wszystkim Wiedźmin król nasz na wieki (pewnie że można mieć rozmowę czy wiesiek to dark czy grimdark, ale gwarantuję wam że jak chłopaki mówią że chcą prawdziwego dark fantasy to chcą się czuć jak wtedy kiedy czytali wiedźmina) i było pragnienie dwóch rzeczy: więcej książek, które budzą takie emocje, oraz żeby te emocje i przeżycia czytelnicze były traktowane Poważnie.  
 
Żyjemy w matrioszce oblężonych twierdz, które są oblężone dlatego, że czujemy, że nikt ich nie traktuje poważnie. Mało tego w tej matrioszce jest też (hard!) sci-fi, które patrzy na smoki i elfy z góry, bo za łatwo je zrozumieć i trochę byśmy chcieli być poważani jak koledzi z hard!sci-fi, bo nie zauważamy, że koledzy z hard!sci-fi są poważani głównie przez siebie samych (serdecznie pozdrawiam Polską Fundację Fantastyki Naukowej). Więc próbujemy się Upoważnić. Nie pozbędziemy się "fantasy" z książek, które nam się podobają, bo podoba nam się fantasy, ale możemy sprawić, że to fantasy będzie bardziej Serio. Więc dodajemy mu przedrostek "dark". 
Jesteśmy poważnym fandomem.
 
(to wszystko jest też fascynujące, myślę, z lingwistycznego punktu widzenia, to że fantasy to w zasadzie mniej kalka/zapożyczenie, bardziej polskie słowo, które brzmi jak angielskie, jest stamtąd wzięte, pojawia się w podobnych kontekstach, a jednak ma inne znaczenie i jest tu dużo młodsze niż tam)
 
No więc to są dwa aspekty dark fantasy takiego, jakie nam się wyłania z ogłoszenia szrotonaboru: potrzeba szacunku na fantastycznej dzielni, ale też potrzeba dobrej literatury, która nas nie zawiedzie. Oba zrozumiałe, jedno bardziej akceptowalne niż drugie, oba próbuje się tu osiągnąć w najgłupszy możliwy sposób, czyli przez dbałość o czystość gatunku: 
 
"Jakich motywów tekst nie powinien zawierać: romantasy, YA, enemies to lovers itp., bajkowych stworzeń, rozwinięć własnych uniwersów, wszelkich nawiązań ideologicznych"
 
Umówmy się, to ogłoszonko pojawia się w konkretnym kontekście. Kontekstem jest między innymi szrot z booktoka. I ja nie mam wątpliwości że to jest szrot. Czytujemy z żoną i przyjaciółką Czwarte Skrzydło na głos na postojach w czasie wędrówek, bo to gwarantuje, że postoje nie będą za długie, gdyż ta książka jest tak niemożebnie zła że to się w pale nie mieści i nie da się tego słuchać dłużej niż pięć minut. I przed tym szrotem mają chronić wymienione nieporadnie hasła takie jak "enemies to lovers itp.". Bez tego kontekstu to serio, dobrze zrobione enemies to lovers to może być takie dark fantasy że wam portki pospadają.
 
Ale kontekst jest. Ja go rozumiem. Literacki slop skierowany głównie do kobiet istnieje. I zapewne zrozumiałe jest że pojawia się poczucie, że do naszej matrioszki zaczynają się wpychać rzeczy, których tu wcześniej nie było, na przykład romans, fanfiction oraz legendy i latte. 
 
Mnie też obraża istnienie legend i latte, ale cała ta postawa jest tak komiczna że nie wiem gdzie zacząć. Jest to bronienie honoru i czystości gatunku, który honoru i czystości nigdy nie miał. Brak poważania dla fantastyki nie wziął się znikąd, wziął się z tego, że w ramach fantastyki slop powstawał od zawsze, (tylko wtedy się mówiło pulpa). I był skierowany bardziej do mężczyzn, nawet jeśli to kobiety robiły podwaliny (polecam artykuł o dark fantasy i tym kto je zaczął na angielskiej wikipedii). I to nie jest tak, że gatunek dojrzał i no może kiedyś był bardziej nastawiony na Najniższe Popędy, ale teraz to już nie. Pisałam dark fantasy w dwudziestym pierwszym wieku. Publikowałam dark fantasy w dwudziestym pierwszym wieku. Pamiętam ilustracje, jakie dostawałam do dark fantasy od naszego Szacownego Czasopisma w dwudziestym pierwszym wieku.

Zwłaszcza ilustrację Jarka Musiała do "Noży", które wyszły w NF w 2016 roku:
 

 

Like, come on (z ciekawostek, oboje bohaterowie są w tekście ciemnoskórzy, ale to na pewno nie rasizm, to wygoda!), to jest soft porn.
 
No i w ogóle nie ma nic złego w tym, że fantasy i dark fantasy są napalone. Dobra literatura może być napalona. Może nawet powinna. Myślę, że wszycy wiemy, że fantastyka bardzo często napalona jest, więc tym bardziej kiedy przychodzi do bronienia czystości gatunku robi się śmiesznie kiedy ktoś mówi "tylko nie to obrzydliwe porno dla bab". Dla nas tylko wysmakowane porno dla mężczyzn, skórzane paski między atletycznymi pośladkami pięknej, egzotycznej wojowniczki.
 
(tak, Vera jest napisana jako piękna, dzika kobieta, byłam na nią strasznie napalona i nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, nie o to chodzi, oraz to tylko dowodzi że mam rację xD)
 
Do czego zmierzam, to to, że spora częśc kpiny, którą wywołuje ten nabór, to próba siedzenia na wieży, której naprawdę nie ma. "Dark fantasy, horror, okultyzm, alchemia, kulty, bogowie, bestie, stwory i potwory, wszelkie abominacje, czarna magia, wojny, mrocznie i brutalnie" kiedy je skontrastujemy z "romantasy, YA, enemies to lovers itp., bajkowych stworzeń" muszą się skończyć na tym, że wyobrażamy sobie autorów naboru wzdychających do grafik Luisa Royo. Dyskurs tak działa, przekora tak działa i, oczywiście, wspomnienie o "braku nawiązań ideologicznych" tak działa.
 
Bo ja się tu skupian na wymienianych estetykach, tropach i gatunkach, a omijam wisienkę na torcie, jaką jest w "tak rób": brak szeroko rozumianej poprawności politycznej i w "tak nie rób": nie powinien zawierać wszelkich nawiązań ideologicznych.
 
Chodzi o czarne elfy i grube baby. Chodzi o to, że kobiety miały być piękne, może czasem kolorowe, ale zawsze szczupłe i nosić gorsety lub zwiewne szaty. Że miały być zainteresowane mężczyznami. Że mężczyźni mieli być zainteresowani nimi. Że to zainteresowanie przekładało się na przygody.
 
Chodzi o to, że fantasy to był kiedyś świat który dla osób dysponujących dominującymi głosami był intuicyjnie zrozumiały, że to był Dom. A teraz to nie dom; to kraina.
 
Nic dziwnego, że wyobrażenie twierdzy ma się dobrze, że wyobrażenie jej oblężenia ma się jeszcze lepiej. Panowie czują, że stracili i kompetencję gatunkową i niszę w której czuli się bezpiecznie. I w reakcji bronią tego grajdołka który mieli, w którym obracali te same tropy próbując tymi samymi bohaterami wycisnąć z nich coś świeżego, tak jak kiedyś, te same fetysze na tych samych ciałach, nazywają go klasyką i będą udawać, że jest wartościowy sam w sobie, zamiast zobaczyć, że to w sumie spoko, że przestrzeń życiowa się powiększyła. Cholerni więźniowie cholernej jaskini cholernego fantastycznego platona.
 
I chyba w reakcji na to wszystko, choć wtedy sobie tego jeszcze nie uświadamiałam, proces nie trwał chyba trzydziestu sekund, ujrzawszy to ogłoszenie uznałam, że okej, zabawmy się. Co jest bardziej dark fantasy niż piękne, sadystyczne kapłanki złego kultu.


hasztag_nikogo: (Default)
Nie mam fb.
Ale mam od tego ludzi.
W związku z czym wczoraj na dwóch osobnych czatach na których jestem dwie osoby wrzuciły screeny z uroczego naboru do pewnej antologii organizowanego przez jeden z fanpejdży fantastycznych.
Idzie to tak:
 
 
 
"Wytyczne:

- Gatunek i motywy: Dark fantasy, horror, okultyzm, alchemia, kulty, bogowie, bestie, stwory i potwory, wszelkie abominacje, czarna magia, wojny, mrocznie i brutalnie, brak szeroko rozumianej poprawności politycznej,

- Jakich motywów tekst nie powinien zawierać: romantasy, YA, enemies to lovers itp., bajkowych stworzeń, rozwinięć własnych uniwersów, wszelkich nawiązań ideologicznych,

- Czas akcji: średniowiecze, starożytność, fikcyjne"
 
 
Jest to nieporadny reakcyjny szrot, w zasadzie aliteracki: „prosimy, nie mówcie nic ciekawego w ramach naszego transgresywnego gatunku”. Siłą rzeczy wywołał więc reakcje spod znaku „ale bym im napisała gdybym im napisała”, również i we mnie, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
Spędziłam więc wieczór myśląc sobie o najbardziej trollerskiej, ale:
 
1. fajnej
2. niewykraczającej poza tradycyjną estetykę gatunku
3. niewykraczającej poza te wytyczne

fabule i to w sumie było zabawne i ciekawe. Następnie spędziłam tak poranek i mam już plan opka.
 
No ale tak, na szrotonabór go nie wyślę bo szkoda. Do NF go nie wyślę bo nie mam do tego cierpliwości. W ogóle to przede wszystkim nie powinnam go pisać, bo powieść, bo gra, bo zamówiony tekst.
 
To doskonałe warunki do pisania. Pierwsza wersja Iluzji powstała w miesiąc bo chciałam pokazać blogaskom na onecie jak się pisze banalne czytadło, oraz w czasie kiedy reżyserowałam spektakl, studiowałam i nie wiedziałam że potrzebuję psychiatry na wczoraj, czyli też nie wtedy kiedy powinna. 
 
Poza tym, to ciekawe ćwiczenie, które mówi coś o fantastyce, o tym jak tworzymy literaturę gatunkową, czym właściwie ona jest, czy na pewno jest taka łatwa.
 
Oraz, lubię gadać o procesie twórczym, uczę o nim od dwóch lat, jest to rzadka frajda i temat którego powinno być więcej.
 
Więc pomyślałam, że chuj, od czegoś mam bloga, zrobię se z tego akcję w odcinkach, będę gadać o tym jak piszę i dlaczego i wrzucać to, co napisałam, opko i jego bebechy, najwyżej nie wyjdzie, w końcu #nikogo.
 
Odcinki pewnie będą wpadać w weekendy, w ilości od zera do trzech w tygodniu w zależności od tego jak zajęty będzie rzeczony weekend.
 
hasztag_nikogo: (Default)
 Okej. Każde opowiadanie dostało swoją notkę, ale antologia to więcej niż worek opowiadań, to praca kompozycyjna, to też jakaś interpretacja tego, co przyjdzie na nabór, sam nabór to jest jakiś wyraz zbiorowego podejścia do jakiegoś tematu. Można powiedzieć, że antologia to zredagowana wypowiedź społeczności.
 
Społeczność zdecydowała, że Schulz to dojrzewanie.
 
Przedrzeźniałam to trochę w mojej ostatniej notce, że miasteczko, wakacje, oniryczność, dzieciństwo, że te opowiadania utknęły w sierpniu. Podobną opinię wyraża w swojej notce o antologii Tomek Kozłowski. Notka ta wydaje się co prawda bardziej zainteresowana własnym żartem o tym, że utknęliśmy w 1938 roku niż faktycznymi opowiadaniami, natomiast myśl, która się spod tych postmodernistycznych akrobacji wyłania wydaje się być właśnie taka: nic nowego, nic obrazoburczego, Patron podtrzymany.
 
Byłam skłonna się zgodzić, ale przeszkodziły mi trzy rzeczy: nie-wstęp Weroniki Mamuny, Śmierć Brunona Schulza, oraz przede wszystkim lektura jakoś dwóch trzecich Sklepów Cynamonowych. 
 
Bruno Schulz to był jednak facet, do tego fetyszysta. Nie było w jego rozżarzonym bielą dzieciństwie miejsca dla dorastających kobiet, było miejsce jedynie dla ich mięsa i ewentualnie menstruacji. Podniesienie jego języka żeby opowiedzieć coś o byciu dziewczynką, dorastającą kobietą czy - jak w tekście samego Tomka! - polską wdową to ważna rzecz. Nie my dostałyśmy Schulza, a jednak go sobie wzięłyśmy i stworzyłyśmy antologię o dziewczęcym dorastaniu w schulzversum. Znakomita większość opowiadań jest bardzo dobra. I nawet nie są o tym samym! To znaczy, może są, ale przypatrują się temu na bardzo wiele sposobów, rozkładają na czynniki pierwsze, tworzą niemal medytację; od Księgi Wysypiska, która jest jeszcze oderwana od narratorki, tylko trochę zaglądająca pod powierzchnię świata, przez święty trójkąt Leć-Pokrzywy-Pensjonatu o okowach które na nas nakłada społeczeństwo, z Miejscem poza czasem i jego konserwatywną kompetencją w środku, do odpoczynkiu w Muślinowym domu, by wreszcie odsłonić mroczne i brutalne tajemnice Poczwarki. To jest, bez względu na moją opinię na temat Poczwarki, fascynująca i dobrze wymyślona podróż i to dość piękne, że doprowadza nas do Śmierci Brunona Schulza - miejsca, gdzie możemy z tego podniesionego języka wyrosnąć i zrobić coś nowego.
 
Oczywiście jest ten aspekt, że "Śmierć...", która trochę wytyka utknięcie w Drohobyczu napisał nie tylko facet, ale na domiar złego były ksiądz, ale co z tego, skoro jest piekielnie dobra, zarówno na własnych nogach, jak i - tym bardziej! - jako puenta antologii. 
 
Weronika Mamuna w "zamiast wstępu" też wydaje się być w kontrze do tych pieprzonych letnich dni; raczej chciałaby Bursy, który ma w dupie małe miasteczka niż tego wydania Brunona. Ale, jak gdzieś pisałam, porażka bohaterki zwiastuje zwycięstwo antologii. Teraz czytam ten tekst jako ostrzeżenie przed dostrzeganiem w tych opowiadaniach tylko scenografii, podczas gdy one, cierpliwie, acz brawurowo, przebijają się przez wszystkie gładkie powierzchnie, po których ślizgała się bohaterka nie-wstępu. Stos szyb, który zwizualizowałam sobie na starcie, to teraz szmaragdowy korytarz o nierównych brzegach, na końcu którego czeka wreszcie śmierć Brunona Schulza i nasze dorosłe życie.
 
Zostawię was z tym i z wierszem, który mi wyszedł z tytułów notek (które wszystkie są fragmentami opowiadań z antologii, prócz tytułu tej notki - cytatu z werki mamuny), i jednego pretendenta do tytułu notki, bo wyszedł fajny.
 
 
Schulz siedzi na ławce, pochwycony przez straż miejską
 
(oto dziewczęce dorastanie w schulzversum):
 
Ująć w słowa tę gnozę
Opalizujące karczki i błękitne lotki;
Czas uczynić stal nożem.
 
Ale to jest teraz moja historia:
Słodycz cukru, słoność szynki i gorycz niewiadomego pochodzenia
przytupuję rytmicznie, kataryniarz gra, moje łono głośno śpiewa
 
puścić je galopem między nieznośnie wyjałowione przestrzenie
chronić nóż przed ostrą krawędzią, chronić wodę przed chłodnym dotykiem
teolog nie musi wiedzieć, czy temat jego pracy wciąż żyje
 
hasztag_nikogo: (Default)
O Chryste Panie, jakie to jest odświeżające! Jakie witalne! Jakie dorosłe!

Nie zrozumcie mnie źle. Podobały mi się opowiadania w tej antologii, napisałam o tym dość sporo. Ale wspomniałam też o znużeniu materią, no bo dzieciństwo, wakacje, miasteczko, poetycki język, dzieciństwo, wakacje, miasteczko, poetycki język. Oniryczność. Dzieciństwo, wakacje.
I wtem!
 
To, czy on żyje, nic do tego nie ma, powiedział Stasiek, wbijając nóż w dzika. 
 
Pierwsze zdanie i jestem o b u d z o n a.
 
Piotr Niewiadomski w przekornie zatytułowanej "Śmierci Brunona Schulza" wychodzi wreszcie poza Sklepy Cynamonowe i Drohobycz, wielką księgę wakacji i białe od żaru oszałamiające dni letnie. Daje nam Schulza który przeżył nie dwie, a cztery wojny, daje nam jego powieści, jego malarstwo, jego teologię, daje mu sto dwa lata życia, a następnie wprowadza narratora, który, podobnie jak my, nigdy za Drohobycz nie wyszedł, który zatrzymał się gdzieś na początku pierwszego opowiadania Sklepów i teraz będzie o tym robił doktorat. Z teologii.
 
Opowiadanie jest fascynujące na wielu poziomach. Na takim zupełnie powierzchownym, fabularno-językowym, mamy (angażujący!) slice of life z alternatywnej historii napisanej tak autentycznie jakby autor tam w ogóle żył, detalami takimi jak "radioaktywny kurz wciąż jeszcze siadał ludziom na maśle orzechowym z darów". Jak dobrze trzeba umieć oddać wymyślony świat, żeby napisać takie pół zdania? Świat księży i studentów teologii w Polsce po czterech wojnach ale za to ze wszystkimi dziełami Schulza jest tak prawdziwy, że niemal do niego tęsknię, do tych wszystkich nienapisanych i nienamalowanych rzeczy, do życia po tym, czego się tak boimy, zdublowanym, przemnożonym przez atomówki i już niemal zakopanym w przeszłości. Niewiadomski pisze o czwartej wojnie światowej(?) trochę jak myśmy zwykli pisać o drugiej w tekstach, które absolutnie drugiej nie dotyczą i jest to niesamowity zabieg.
 
Przede wszystkim jednak bierze Schulza i daje mu przyszłość, którą odebrali mu najpierw hitlerowcy a potem, być może, i my, zamykając go tylko w tym, co zdążył stworzyć i wielbiąc to w niezmienionej formie. Wymyśla go dalej, inaczej, rozwija, rozrasta. Wydobywa z obsesji dzieciństwa, daje mu długie, bujne życie, a potem zabija po to, żeby pozwolić jego dziedzictwu żyć i dojrzewać. 

Są tu jeszcze tak przynajmniej trzy wątki, które mi przychodzą do głowy. Alternatywne historie i ceny tego, co by było gdyby. Podgatunek literatury polskiej jakim jest pisanie o żywym Baczyńskim i to jak się ma do żywego Schulza. Żywotność, dzikość, męskość, prężny świat hierarchii i władzy. Bardzo trudno mi się pisze o naprawdę dobrych tekstach, nigdy nie jestem usatysfakcjonowana; one same mówią to, o czym chcą powiedzieć najpełniej i najsprawniej i powtarzanie tego mija się dla mnie z celem. Trzeba przeczytać, no.
 
Tak czy inaczej, Śmierć Brunona Schulza to bez dwóch zdań najlepsze opowiadanie w antologii (przepraszam, "Muślinowy domu"). Jedynym rozczarowaniem w tym tekście jest fakt, że blog, do którego linkuje notka biograficzna autora, jest już nieaktywny. Piotrze Niewiadomski, weź się. Potrzebujemy więcej twojej prozy.
hasztag_nikogo: (Default)
Czytałam Poczwarkę i z początku nie rozumiałam dlaczego. Dlaczego to opowiadanie powstało, o czym ma być, dlaczego jest w tej antologii, co tam jest pod zwałami mięsistego języka.
 
Wiele autorek w "Apokryfach..." bawi się językiem, odlatuje w rejony bardziej metaforyczne, pełne nieoczywistych epitetów i porównań, jednak znakomita większość z nich robi to po coś i robi to dobrze. Jakub Rewiuk, odnoszę wrażene, robi to głównie dla szpanu, bo wie że potrafi, i w efekcie się o swój język potyka; zamiast przekazywać więcej w mniejszej ilości słów (jak Lena Dominiczak w Muślinowym domu czy Oliwia Węglewska w Pokrzywie), przekazuje mniej.
 
Kiedy byłam dzieckiem, moja prababcia, osoba powszechnie nielubiana i nielubiąca innych, miała kapę na łóżko. Rubinową, lśniącą, z zawiłym perłowo-zielonym wzorem, z aksamitem czy pluszem układającym się w drobne dołki, takie akurat na opuszek palca. Była piękna, opalizująca, ciężka i nieprzyjemna w dotyku kiedy dotknęło się jej inaczej niż tym opuszkiem właśnie. Łapała wilgoć i kurz. Szybko zaczynała pachnieć stęchlizną, zwłaszcza przechowywana w warunkach takich, w jakich prababcie przechowują ozdobne kapy.
 
O tej kapie myślę, kiedy mówię, że język jest tutaj jak zwały ciężkich, wilgotnych zasłon, przez które trzeba się przedzierać żeby dotrzeć do sedna. I tak, owszem, ma taki być, bo opisuje ciężką, zatęchłą sytuację, opisuje, na ile zdołałam się zorientować, wielopokoleniową, rozczłonkowaną rodzinę, w której z rodziny został już tylko pęd do rozmnażania. Opisuje co się dzieje kiedy znaczenia które nadaliśmy rozmnażaniu wyschną na wiór pozostawiając suche skorupki i zgniliznę,  kiedy zostaną z nich martwe, niezrozumiałe rytuały. Opisuje koszmar jakim jest w takich warunkach ciskobiece dojrzewanie i posiadanie ciskobiecego ciała. Ja to wszystko widzę, ja widzę że ten język jest dopasowany do tej treści, ale jest nakładany przez cały czas tak samo grubą warstwą. Nieważne czy bohaterka snuje się po domu czy jest świadkinią potwornej metamorfozy swojej ukochanej - długość, złożoność i rytm zdań są zawsze takie same. Można to, pewnie że można, uznać za zabieg artystyczny, bo przecież pierwotna zupa tekstu, pierwotna zupa materii tekstu, takie tam, ale to zabieg raczej masturbacyjny niż nastawiony na odbiorcę.
 
Po dwóch lekturach i procesie tentegowania w głowie rozumiem dlaczego ten tekst znalazł się w antologii; skontrastowany z pozostałymi, również w przeważającej większości mówiącymi o kobiecym dzieciństwie i dojrzewaniu, dociąża rzeczy, które często bywają raczej zasugerowane niż opisane, jeżeli pojawiają się w ogóle. Tradycję, dziedzictwo, wszystko to, co jest związane ze słowem "ród"; a kiedy jesteśmy dziećmi lub kobietami to dla wielu osób nasz byt to ród i przyszłość rodu i nic poza tym. Poczwarka komponuje się z pozostałymi opowiadaniami w intrygujący sposób i gdyby część energii włożonej w masę włożyć tu w rzeźbę, pewnie byłoby naprawdę dobrze. Natomiast, ponieważ jest raczej masa niż rzeźba, wyszedł najbardziej nużący utwór całego schulzowego zestawu.
hasztag_nikogo: (Default)
Lubię robić te analizy antologii, bo fajnie jest znajdować tropy i motywy, które się przenikają w wybranych tekstach, bez zamiaru twórczyń, które przecież nie wiedziały o czym nawzajem piszą, za to dzięki twórczej pracy redaktorek. Z jednej strony czuję już pewne znużenie tematyką dzieciństwo-rodzice-dorastanie, z drugiej to fascynujące jak się te tropy przenikają i przeplatają. 
 
Muślinowy dom Leny Dominiczak na przykład czyta się może nie inaczej, ale ostrzej, pamiętając "Zamiast wstępu" i tamtejszą nieznośną nieco bohaterkę. Oba te teksty są o powrocie do domu rodzinnego po nieudanej z jakichś przyczyn dorosłości. Ale tam gdzie bohaterka Zamiast wstępu ślizgała się po powierzchni rzeczywistości, rozpamiętując swoją porażkę, wszystkie zmiany które zaszły, wszystkie sposoby na jakie nie-chciała-tu-być, bohaterka Muślinowego domu rzuca się w krainę dzieciństwa z głębokim entuzjazmem, akceptując ją w całości, wije sobie w niej gniazdo. I ewidentnie wchodzi w rzeczywistość głębiej niż ta, którą poznałyśmy na początku antologii: ona cała do niej śpiewa, wszystko się z nią porozumiewa, od własnego łona, przez rzekę, do luster. Można w tym miejscu wszystko, przestrzeń jest giętka i plastyczna. Nasuwa mi skojarzenia z ogrodem z "Pokrzywy", gdyby w bohaterce "Pokrzywy" nie zniszczono tego, co pozwala zostać w tym miejscu dłużej.
 
Bohaterka Muślinowego domu nie doświadczyła raczej w dzieciństwie wyniszczającej przemocy, ma zasoby i zdolność do przebywania w onirycznej rzeczywistości ile tylko zamarzy. Dom ją przyjmuje, rodzice ją przyjmują, a ona może badać to, co stało się z nią, z domem, z jej rodziną i rodzicami, którzy czasem są matką i ojcem, ale częściej jednak Tadeuszem i Matyldą:
 
Oprócz szukania śladów mojej dziecięcej obecności zajmuję się też katalogowaniem nowych przedmiotów, które są mi obce i którym obca jestem ja. Na szczęście nie ma wiele takich niespodzianek; Tadeusz i Matylda pochodzą z małej wioski, utknęli w poprzednim stuleciu i nie ciągnie ich do nowości i obcości – być może dlatego patrzą na mnie tak podejrzliwie, trochę niechętnie.
postarzeli się, ale jakoś łagodnie, delikatnie i nieśmiało.
 
Całkowicie ujmuje mnie w tej historii niesensacyjna prawdziwość całej sytuacji i to, że ta niesensacyjność jest napisana tak pięknie, że to jest odnajdywanie magii w zwyczajnej codzienności. Nie jest to cukierkowa codzienność - zawiera podejrzliwość i niechęć - ale ta podejrzliwość i niechęć nigdy nie rozwiną się w patologię, są po prostu naturalnymi reakcjami bohaterów na sytuację. 
 
Kto by pomyślał, że Weronika Mamuna umieści w swojej antologii cozy opowiadanie.
(ja, bo jest to świetny tekst, a werka jest najpierw służebnicą dobrej literatury, dopiero potem hejterką)
 
Ogólnie to akceptowanie rzeczywistości, rzucanie się w nią bez hamulców, próbowanie różnych podejść do sytuacji - może wypalę papierosa z ojcem? może złapię go w sadzie za rękę jak mała dziewczynka? może ciepło pożartuję z mamą o jej łzach? może pozwolę sobie zapleść warkocze? - procentuje. Bohaterka oczywiście zalicza regres, w którym zanurza się bez reszty, zwłaszcza, że za nią regresują i rodzice, wślizgując się w znane sobie role (któż może ich winić?), ale interpretuję ten tekst tak, że to dzięki swojej odwadze w przyjmowaniu rzeczywistości, dzięki otwartej głowie, dzięki domowi w którym ma oparcie, jest w stanie go dostrzec i wyjść.
 
Ten tekst ma sześć stron. Na sześciu stronach miękkej, plastycznej prozy jest nam w stanie opowiedzieć bardzo konkretną sytuację, wyrażoną nie tylko w powiewających zasłonach i zwielokrotnionych odbiciach, ale też liczbach i imionach. Bardzo konkretną rodzinę z bardzo konkretną dynamiką, dom, ogród, sad i rzekę. Opowiada o ludziach, których rozumiem i robi to w fantastycznie ekonomiczny sposób - właśnie przez poetyckość tego języka. Jeśli jest to poemat prozą (jak w swej zagadkowej notce o antologii określa go Tomek Kozłowski), to dlatego, że poezji bierze jej gęstość, zdolność do przekazania maksimum treści w minimum słów. Jest przy tym dobrą historią, w której się odnajduję i która jest nam wszystkim bardzo potrzebna - o przystawaniu na tyle, na ile nam się podoba, o opieraniu się na bliskich, nawet jeśli dostrzegamy ich dyskomfort, o tym, że nie musimy wiedzieć od razu wszystkiego, o tym że jeśli będziemy na tyle odważni by zanurzać się w sytuacjach w których jesteśmy, to będziemy też wiedzieli kiedy przyjdzie czas iść dalej. Nie będziemy w tym zawsze idealni, ale taka jest cena prawdziwego, pełnego życia.
 
Nie wiem czy to nie mój ulubiony tekst do tej pory, a jednocześnie ciekawi mnie jakie są te dwa następne, skoro dostaliśmy przed nimi takie wytchnienie.
hasztag_nikogo: (Default)
 Trudno napisać to, co napisałam o "Leć" i być zachwyconą "Pensjonatem", bo "Pensjonat" jest w zasadzie tym typem opowiadania, o którym pisałam wtedy: groźna, zimna pleśń występuje w opozycji do znanego świata i ostatecznie okazuje się być akceptowalną dla niego alternatywą. 
 
To nie znaczy, że to opowiadanie jest złe, po prostu wpisuje się w konwencję, która już została skutecznie złamana w tej antologii i na tym tle jego wydźwięk słabnie. Językowo i warsztatowo to bardzo dobry tekst. Opisy zimnego pensjonatu są doskonale zrobione, czułam tę wilgoć na skórze, doskonale wiedziałam o jaki rodzaj miejsca chodzi. Wiedziałam po jakim lesie chodzą bohaterki, byłam tam z nimi. Queerowość Ady jest ciekawym, dobrze poprowadzonym wątkiem. Dialogi mogłyby dostać trochę więcej miłości, ale ogólnie jest naprawdę dobrze. Jest też bardzo wyraźna fabuła, wstęp, rozwinięcie, zakończenie, jest odpowiednia dawka dziwności.
 
Mamy też sporo odświeżających akcentów, od imion począwszy (to pierwsze w tym zbiorze opowiadanie w którym bohaterki mają imiona), przez queer aż po trudny do zdefiniowania zachwyt kobiecym ciałem, sunący sobie gdzieś po granicy tabu, bo bohaterkami są przecież podlotki, kuzynki, a wśród możliwych odczytań tego zachwytu jest i erotyczne.
 
Główna bohaterka i narratorka jest trans - ona o tym wie, nikt inny jeszcze nie i jest to świetnie poprowadzone w narracji, spinałam się kiedy ktoś się do niej zwracał nie tymi zaimkami albo deadnamem, przy czym opowiadanie szybko sobie z tym dyskomfortem radzi, bo tajemniczy pensjonat może i jest wilgotny, zimny i mroczny, może karmi dzieci pierniczkami jak wiedźma z bajki, może nie pozwala im pójść nigdzie gdzie nie chce ich wypuścić, ale przynajmniej jest gender-affirming.
 
Jest również uwodzicielski. Podsuwa bohaterkom wizje rodziców-cieni: ciepłych, akceptujących, opiekuńczych, wchodzących do sypialni nocą, na granicy snu i jawy, gładzących twarze i w ogóle czułych. Kusi - albo po prostu otwiera się przed dziewczętami - pięknym lasem, możliwością wspólnych kąpieli, ciastkami, które z czasem stają się coraz smaczniejsze, ciepłymi łóżkami po satysfakcjonująco męczących dniach. Nic więc dziwnego, że gdy w końcu prawdziwi rodzice zostaną odnalezieni - marudzący, wychowawczy, kompletnie niezainteresowani tym dlaczego dzieci są w nocy w środku lasu, mający na wszystko odpowiedź - bohaterki wybiorą jednak pierniczki i powrót do świata gdzie mogły być sobą i podejmować własne decyzje.
 
Dla mnie ten podział jest trochę zbyt gładki; dorastanie - porzucenie rodziców, przerzucenie ich w sferę miłych głosów w tle, wybranie świata w którym same radzimy sobie z problemami zamiast świata w którym ktoś jest sfrustrowany tym, że musi rozwiązywać i swoje i nasze - jest zbyt słodkie i jednoznaczne, nawet jeśli pierniczki są konsekwentnie opisywane jako pikantne.
hasztag_nikogo: (Default)
 "Miejsce poza czasem" Tomasza Kozłowskiego to przewrotny tekst o żałobie i rodzinie - tematach w zasadzie niewyczerpywalnych. Kiedy o nim myślę, widzę origami, i mam pewną satysfakcję z tego, że na 90% taki był zamysł autora - to historia o składaniu i formowaniu opowieści aż z pierwotnego kształtu powstanie coś jednocześnie nie do poznania i niepozostawiające wątpliwości co do swoich korzeni.
 
Jest to kolejne opowiadanie w którym wychodzimy od dzieciństwa, ale - składamy kartkę po raz pierwszy - nie jest to dzieciństwo narratorki (dojrzałej kobiety!), a jej męża - tak, jak je jej opowiadał (składamy kartkę po raz drugi). Opowieści o ojcu bohatera są absolutnie fundamentalne dla tego małżeństwa - od nich się ono rozpoczyna, one pozostają na miejscu nawet wtedy kiedy cała reszta tej relacji już umrze, one wreszcie ją w nieodwołalny sposób kończą.
Samego teścia narratorka-bohaterka nigdy nie poznaje, nabliższy kontakt ma z nim po jego śmierci, kiedy trzeba zająć się niepotrzebnymi już rupieciami.
 
No i tak obserwujemy sobie oczami bohaterki-narratorki jej życie, ukształtowane przez życie mężczyzn w jej otoczeniu - męża, teścia, syna. Jej cierpliwe słuchanie historii, układanie ich w odpowiednich miejscach, oglądanie dziecinnych rysunków, bystre oko i żwawy umysł, który wszystko widzi i nie komentuje, mam tu dziwne maryjne skojarzenie, z tym fragmentem że "Maria zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu". Nie ma w tym jednak bierności, cała narracja jest w zasadzie przesycona sprawczością, jeśli nie władczością. Kiedy bohaterka chce, sięga po życie poza swoimi mężczyznami, ma biuro, ma znajomych, nawiązuje więzi, podejmuje decyzje. Musi to zresztą robić, żeby trzymać tę rodzinę, małą społeczność zagubionych w fantazjach o własnych ojcach mężczyzn, w kupie. Nie ma wątpliwości co do tego, kto jest kapitanką tego statku.
 
Miałam napisać, że statek się ostatecznie rozbija i ona nie ma szans nic z tym zrobić, ale to nieprawda. Bo mąż ginie w wypadku, pewnie, ale to absolutnie nie jest koniec tej rodziny, to sztorm, przez który nasza bohaterka przeprowadza siebie i syna pewną ręką. Nie kryje się przed katastrofą, bada jej ślady i powody, a przede wszystkim - przekuwa ją na narrację, która pozwoli jej rodzinie poradzić sobie z tym co się stało, nazwać to, zrozumieć i iść dalej. Zrobić z czarnej dziury żałoby coś sensownego, łódkę z origami w której będzie można dalej przemierzać ten świat.
 
To tekst bardzo sprawnie napisany - cała ta kapitańskość bohaterki to rzeczy rzucone gdzieś w kawałkach zdań, przekazane pomiędzy wierszami - i mocno konserwatywny. Mężczyźni smutni i melancholijni, dryfujący trochę obok rzeczywistości, snujący opowieści i tęksniący, kobieta stąpająca twardo po ziemi, zajmująca się przetrwaniem - finansowym, emocjonalnym, intelektualnym - rodziny. Oni jak wiatr, ona jak łódź, tymi wiatrami napędzana, nadają sobie nawzajem sens i cel.
 
Jednocześnie dotyka ten tekst czegoś bardzo prawdziwego. No bo znamy te kobiety, te mamy zakładające firmy, dostrzegające i reagujące na problemy edukacyjne, walczące o stworzenie magicznych, mitycznych miejsc w szarej rzeczywistości, wspierające szalone eskapady, godzące niemożliwe do pogodzenia kulinarne światy w malutkich kuchniach (co ładniejsze frazy w tym zdaniu to parafrazy z tego opka, nie wymyśliłam tego sama). Żonglujące miliardem piłek i podnoszące je kiedy w nieunikniony sposób upadną. Prawdziwe Matki-Polki.
 
One nie istnieją, ale mnóstwo kobiet próbowało nimi zostać. Ten tekst daje im godność bez martyrologii, sprawia że stają się prawdziwsze i że ich spalanie się nabiera głębszego i bardziej ludzkiego wymiaru. Chyba jest to konserwatyzm który jestem skłonna zaakceptować. 
hasztag_nikogo: (Default)
Miałam problem z "Pokrzywą" Oliwii Węglewskiej.
 
Jest to opowiadanie napisane absolutnie brawurowym językiem, który bodaj nigdy nie wyrywa się autorce spod kontroli, dopracowanym i przemyślanym, płynnym i dziwnym, doskonale pasującym do opowieści, która również jest płynna, dziwna i symboliczna. Była też, niestety, dla mnie bardzo trudna do rozszyfrowania. Przeczytałam ją dwa razy i wydawało mi się, że nie potrafię uchwycić niczego poza powierzchownymi tropami (ulyssesogre.jpg), postanowiłam więc wyjść od nich i zobaczyć gdzie ta notka mnie zaprowadzi.
 
Najbardziej uchwytna, podkreślona tytułem i niezaprzeczalna, jest tu przemoc, wspaniale wygrana na kontraście pięknego, poetyckiego, dziecinnego języka i brutalnej treści, którą przekazuje:
 
Wtedy Pani Mamusia wołała mnie do kuchni i kazała położyć rączki na stole. Chowałam się pod stół, uciekałam do ogrodu, ale nigdy nie udało mi się uniknąć tej największej z dziecięcych trosk: Świeżej Pokrzywy. Trzymałam rączki płasko na blacie, zaciskając oczka i ząbki, a Pani Mamusia z wprawą kata łoiła mi skórę Parzącym Upiorstwem. Mijały godziny i lata, i cała wieczność, a czepliwe liście raz po raz otulały moje ramionka i opuszczały je, aż moja dręczycielka się zmęczyła i pozwalała mi odejść.
 
Przemoc ma konsekwencje, między innymi w postaci bąbli, więc dziewczynka idzie do apteki po maść. Tam spotyka niebezpiecznego, niepokojącego, dziwnego dorosłego, łapczywego Artystę, złożonego z kawałków i rozpadającego się na kawałki. Jest straszny, w nieoczywisty sposób obleśny i wydaje się nie robić nic potwornie złego, ale sprawia, że dziewczynka, kiedy tylko dostanie swoją maść na poparzenia - ucieka. Mieszkałam w dzieciństwie koło zapuszczonych parków, bywali tam ekshibicjoniści, i kiedy myślę o tym fragmencie, nie potrafię się wyrwać ze skojarzenia z nimi. Może dlatego tak trudno mi się interpretowało Pokrzywę; nie lubię o tym myśleć.
 
Tak czy inaczej, po ucieczce z apteki robi się zdziwniej i zdziwniej. Coraz trudniej przetłumaczyć sobie sposób widzenia świata przez bohaterkę na rzeczy zrozumiałe dla dorosłego, przestrzeń zagina się, nie można jej ufać. Kumulacja okropności sprawia, że jakaś granica zostaje przekroczona, i za nią dziewczynka przestaje być dziewczynką, nawet jeśli jeszcze o tym nie wie. Ona sama działa trochę inaczej, usiłując zdobyć jakąś sprawczość, ale równocześnie działa wciąż według jedynych zasad, jakie miała okazję poznać, po prostu przesunięta względem swojej poprzedniej roli.
 
W tej niby-dorosłości ojciec, który i tak był niezbyt obecny, niknie do końca. Matka zostaje przesunięta w rolę dziecka i utkwił mi w głowie ten wątek, mimo że składa się zaledwie z kilku zdań, głównie dlatego, że mam wrażenie, że to częsta praktyka w dorosłości, kiedy nagle trzeba przedefiniować relację która zawsze była niedefiniowalna i oczywista. Przesuwamy matki w rolę dzieci, słuchanych z pobłażaniem i wspieranych w walce ze światem który je przerasta dziesiątki lat przed tym jak naprawdę zaczną potrzebować tego typu wsparcia. Tutaj, ponieważ dziewczynka zna tylko jeden model matkowania (i ponieważ Panna Mamusia jest jaka jest), jej rodzicielka ostatecznie wybucha z niewysłuchania.

Kiedy już obojga rodziców zabraknie, bohaterka próbuje na nowo zdefiniować siebie. Udaje jej się - na chwilę. Natychmiast postawiona do pionu przez aptekarza okazuje się mieć nową rolę. Tożsamości tutaj są jednocześnie płynne i nieuchronne, fantastyczne, senne miasteczko ostatecznie okazuje się małomiasteczkowe i dokładnie tak okrutne jak opowiadano nam to od samego początku. Dziecinne widzenie świata wiąże się z niemożnością skutecznego wynalezienia nowych sposobów istnienia, możemy być mamusią, ale zawsze będziemy upupiani. 
 
To, co piszę nadal jest powierzchowne. W tym opowiadaniu jest mnóśtwo, mnóstwo takich rzeczy jak te trzy zdania o zamianie ról Mamusi z Córeczką - krótkich, symbolicznych, otwierających jeśli nie oceany, to głębokie jeziora interpretacji i skojarzeń. Do tego współgrają ze sobą, tworząc sieci kolejnych znaczeń, mam wrażenie, że można nigdy nie skończyć myśleć o tym opowiadaniu. Naprawdę rzadko spotyka się oniryczny tekst który potrafi tyle wycisnąć z bycia onirycznym, a nie zamienić się w bełkot.
 
Niesamowicie jest czytać Pokrzywę po "Leć", bo stoi do niego w całkowitej opozycji. To jest, na jakimś poziomie, to samo opowiadanie (dojrzewanie i organiczna obsesja!), a jednocześnie te teksty są o całkowicie różnych rzeczach. O ile u Stanisz świat poza bólem istnieje, jest złożony i wart odkrycia, o tyle u Węglewskiej przemoc jest pierwotną naturą świata. Ból - to, co zostaje z przemocy kiedy zabierzemy jej strukturę - to jedyna ucieczka.
 
Wierzę w świat Stanisz. Ale wierzę też w spustoszenie jakie sieje przemoc i Pokrzywa jest mrożącym krew w żyłach studium tego spustoszenia.
 
Oliwia Węglewska ma, jak wynika z notki biograficznej, dwadzieścia jeden lat, zdaje się że w momencie naboru do "Apokryfów i herezji" była w klasie maturalnej i to mi się kurwa nie mieści w głowie. Dajcie jej parę lat to dostanie Nike.
 
hasztag_nikogo: (Default)
Pierwsza rzecz, jaka uderzyła mnie w "Leć" Aleksandry Stanisz to to, że autorka pisze po polsku bardziej niż inni i daje to niejednokrotnie zachwycający efekt. Bardzo szybko dostałam na twarz taki oto zestaw słów:
 
"Pobiegłam więc przez łąkę, harmidrząc i wrzeszcząc. Dla kurażu wyobrażałam sobie, że oto szarżuję z magiczną różdżką"
 
i już byłam kupiona. Nie pamiętałam akurat tego aspektu prozy Stanisz z jej Jasnowidzeń o Tjaard Stracht; może przeoczyłam, a może Jasnowidzenia wymagały na tyle dużego skupienia na nieznanym świecie, że mi gdzieś przeleciało nad głową.
 
Są natomiast inne podobieństwa między tymi dwiema historiami, otóż w obu mamy niedopasowaną osobę bohaterską ze straszliwym sekretem, którego ta bardzo chciałaby się pozbyć. 
 
W 2025 roku spodziewam się pewnych rzeczy od historii o straszliwym sekrecie. Spodziewam się pewnych rzeczy po opowieściach o niedopasowanych dziewczynkach i kobietach które snują się po nieprzyjaznym otoczeniu które ich nie rozumie ani szczególnie nie lubi, które czują zew czegoś co jest potworne ale też jakoś związane z wolnością. Znam dyskurs wokół horroru, wokół emancypacji, wokół transformacji jako metafory transpłciowości, przeczytałam kilka opowiadań w których tak się lubuje magazyn Pismo, o kobietach które zaczynają mieć organiczną obsesję a potem się w niej rozpuszczają by w otwartym zakończeniu stać się czymś innym, obcym, nieznanym, dzikim, tajemniczym. 
 
Dość lubię takie historie, więc kiedy zorientowałam się, że okej, młoda bohaterka, prześladowanie przez ptaki, obsesja z którą się walczy, rozsiadłam się wygodnie, zblazowana, nastawiona na rozkoszowanie się zdaniami o wyobrażaniu sobie szarży z różdżką dla kurażu i na dobrze odmierzoną dawkę biegnącego znanymi torami dyskomfortu.
 
A ten, jebany, skręcił.
 
To spoiler, ale po pierwsze nie wierzę w spoilery a po drugie nie wiem jak niby pisać o tym opowiadaniu nie dotykając jego sedna. Tak jak Anna Łagan wymyka się sentymentalizmowi, jak Weronika Mamuna poprzez porażkę swojej bohaterki zwiastuje nam zwycięstwo swojej antologii, tak Stanisz wymyka się konwencjonalnej narracji i w miejsce emancypacji i ucieczki od Szarego Nieznośnego Świata serwuje nam opowieść o klątwie która serio jest klątwą a nie trudnym wyjściem ze strefy komfortu czy przeobrażeniem z larwy w motyla.
 
Myślę, z jednej strony, że można by było tę narrację poprowadzić jeszcze brutalniej, że dbałość o piękno języka trochę przytępiła efekt. To nie jest tak, że to opowiadanie jest delikatne; są truchła ptaków, pazury i obietnice wydziobania oczu, jest taksydermia i czerwona miazga, ale to wszystko mieściło się w tym, czego spodziewam się po opowiadaniu o strasznej transformacji. Być może gdyby było ostrzej byłabym bardziej czujna, szybciej porzuciłabym własne zblazowanie i weszła z tekstem w taki dialog w jakim on ze mną chciał być.
 
Z drugiej strony nie wiem czy byłabym wtedy tak zdziwiona kiedy bohaterka wycofuje się tuż przed metamorfozą i czy zakończenie dałoby ten sam efekt wychodzenia z mgły, by dostrzec świat wokół, i zobaczyć że rzeczywistość jest bogata i wielowymiarowa, że pierwotna materia jest tu a nie tylko w szumie skrzydeł i zdartej szponami skórze. Dzięki temu jak to jest napisane przebyłam drogę podobną do tej, która przebyła bohaterka, od skupienia na ptaszyskach, nieuchronności i nadnaturalnym do dostrzeżenia świata poza nimi i jego namacalności i wielowymiarowości.
 
Bez względu na to czy użyte środki stylistyczne działałyby lepiej gdyby były ostrzejsze, zachwyca mnie ta narracja; nie o ucieczce, a o zwycięstwie, o wolności kryjącej się w dostrzeganiu rzeczywistości, w budowaniu więzi, w odkrywaniu że wokół są ludzie, a nie nierozumiejące niczego pacynki, wymagające powagi i raniące słowami (choć wymagania i rany nie znikają).
 
Weronika Mamuna ma taki tekst, który wkrótce wyjdzie i wtedy tu wkleję linka, (wyszedł! tu! jest świetny!) w którym mówi o problemie jaki ma z dużą częścią fantastyki socjologicznej - mianowicie że mało w niej społeczeństwa. Że bardzo często w tych tekstach piekło to inni i że najlepiej się od innych uwolnić, społeczeństwo to wyłącznie opresja i głupota. I oczywiście że takie fabuły są pociągające, też lubię poczytać zbuntowanego samotnika. Ale bardzo odświeżające w tym kontekście są opowieści takie jak "Leć" - te o tym, że obok są ludzie równie prawdziwi jak my i zmagają się czasem z tym samym co my, tak samo się ukrywając. Społeczeństwo to nie tylko wtłaczanie w sztywne ramy, sheeple i eaglple (przprszm), to również rzeźbienie i znajdowanie sobie miejsca, tworzenie siebie wśród innych. Ucieczka od społeczeństwa to nie zawsze bunt, to czasem to, czego ono by od nas chciało (w "Leć" wszyscy chcą od bohaterki żeby zniknęła albo znormalniała), i wtedy prawdziwszym, wierniejszym sobie, może odważniejszym wyborem jest niekiedy pozostanie w nim na własnych warunkach. 
 
Rzadko się spotyka coming of age story, w którym pozbywamy się ostatecznie podziału na nudnych dorosłych i superdzieci. Szkoda, bo podział na dorosłych, którzy cenią tylko powagę i mają wymagania i Wolne Duchy które żyją Prawdziwym, Pełnym Życiem, jest, jak wszystkie proste podziały, owszem pociągający, ale też dziecinny - bo jeśli wszystko dobrze pójdzie, tylko w dzieciństwie uważamy, że dorośli to nie ludzie. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, kiedy już uwolnimy się od zmór dzieciństwa, kiedy nazwiemy co nas gnębi, kiedy dostrzeżemy całą marność i potworność własnej egzystencji, dostrzeżemy też własną sprawczość, nie musząc już chodzić na oślep, we mgle i puchu.
 
Trzecie opowiadanie, trzecie złamanie konwencji, trzecia ucieczka od banału, trzecia historia o tym, że lepiej jest chodzić po ziemi i próbować zobaczyć świat we wszystkich jego kontrastach zamiast zamykać się w historiach o własnym bohaterstwie, o śmierci dzikości czy o ucieczce w zrozumiały horror. Jestem bardzo ukontentowana.
December 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 2025